Gdzie kupić dobrą kawę? cz.4

Dziś kolejny wpis traktujący o miejscu, w którym warto zaopatrzyć się w kawę. Właściwie jest to sklep internetowy, ale inny, niż wszystkie. Cafe Barrios powstało z polsko-gwatemalskiej miłości Moniki i Juliana. To oni od podstaw stworzyli te markę i konsekwentnie, krok po kroku, rozpowszechniają miłość do gwatemalskiej kawy także w Polsce. Na swojej stronie zamieszczają wiele ciekawych informacji i zdjęć na temat samej Gwatemalii, która w naszym kraju jest raczej mało znana. Mnie urzekł przepis na tarte kukurydzianą, czyli tradycyjny gwatemalski deser. Na pewno podejmę próbę przygotowania go w domu. Póki co, zajęłam się testowaniem smaku nowych gwatemalskich kaw.

W moje ręce „wpadły” dwa rodzaje Cafe Barrios: Organic oraz Premium. Trzeba nadmienić, że każdą z kaw można zamówić w wersji średnio lub ciemno palonej. Kawa Organic to Arabica pochodząca z upraw ekologicznych, posiadających specjalny certyfikat. Ziarna kawy Premium pochodzą natomiast z drzew rosnących aż 1460 m n.p..m., przez co wolniej dojrzewają i zyskują niepowtarzalny smak. Po otwarciu obu opakowań do mojego nosa dotarł cudowny aromat… Muszę przyznać, że to właśnie na zapachu zazwyczaj opieram swoją opinię. Prawie zawsze pijam kawę z dodatkiem mleka, więc nie uważam się za profesjonalnego znawcę smaku. Ale aromat to zupełnie inna kwestia. To on odróżnia kawy sklepowe od tych z wyspecjalizownych palarni. Kawa z hipermarketowej półki nigdy nie będzie pachnieć tak intensywnie i pięknie. Cafe Barrios natomiast pachną zniewalająco!

Co tu dużo pisać? Kawy z Cafe Barrios po prostu trzeba spróbować, tym bardziej, że stoi za nią tak piękna historia miłości polsko-gwatemalskiem. Jeżeli więc wymagacie od swojej „małej czarnej” czegoś więcej, Cafe Barrios na pewno sprosta Waszym oczekiwaniom.

❤ Mili

Winter Coffeeland! Nowości w zimowym menu kawiarni

Dopiero co przygotowywałam wpis z jesiennymi kawami, a już dziś mogę zaprezentować Wam zimowe menu w 4 najbardziej znanych sieciowych kawiarniach. Tej zimy nie możemy narzekać… Osoby, które mają problemy z podejmowanie decyzji (czyt. ja;) będą musiały się sporo natrudzić, żeby wybrać jedną kawę dla siebie. Całe szczęście, że ta pora roku trwa u nas dość długo (szczęście w nieszczęściu;) i mamy czas, aby spróbować tych wszystkich smakowicie brzmiących kaw i znaleźć swoją ulubioną.

Poza tym spece od marketingu dobrze wiedzą, że nie ma nic bardziej nakręcającego nasz apetyt, niż świąteczny nastrój. Dlatego też, poza nowym menu, możemy liczyć też na kilka innych atrakcji. Przyznam bez bicia – w okresie przedświątecznym działają na mnie wszystkie znane już marketingowe sztuczki. Ale lubię się na nie łapać, bo to przecież jedyny taki czas w roku, kiedy w powietrzu unosi się magia.

Zacznijmy od Costa Coffee, która w tym roku proponuje nam trzy zimowe smaki kaw o wdzięcznych nazwach: Piernikowa chatka, Magiczna pomarańcza i Creme Brulee. Ci, którzy śledzą mój Instagram wiedzą już, że miałam okazję spróbować kawy o smaku pomarańczy i bardzo mi smakowała, głównie dlatego, że nie była zbyt słodka.

 

instagram.com/lovelatte_blog

Nie sposób też nie zauważyć uroczych papierowych kubków, w których Costa serwuje swoje zimowe napoje: bałwanek, renifer i mikołaj wywołują uśmiech na każdej twarzy i sprawiają, że oczekiwanie na Święta jest jeszcze przyjemniejsze. Do tego w kawiarniach rozpoczęła się również, znana z zeszłego roku, charytatywna akcja sprzedaży pierniczków. Każdy pierniczek kosztuje dokładnie 1,50zł, a cały dochód zebrany podczas ich sprzedaży zostanie przekazany Fundacji Dr Clown oraz Fundacji Costa.

Kawiarnie So!coffee również przygotowały dla nas kilka miłych niespodzianek. Przede wszystkim nowe menu, w których znalazły się: karmelowo-orzechowa latte, piernikowa Chai Latte oraz rozgrzewająca zimowa herbata. Jak możecie zobaczyć na załączonym obrazku, So!coffee postanowiła też odświętnie ubrać swoje napoje, ale tym razem w czerwone, dziergane szaliczki i sweterki. Będzie można zdobyć je w konkursach na fanpagu oraz instagramie marki, a także odebrać przy zakupach bezpośrednio w kawiarniach.

W kawiarniach Starbucks jak zwykle kilka mniej lub bardziej znanych nowości: Gingerbread Latte, Toffee Nut Latte oraz Honey & Almond Hot Chocolate. Jestem pewna, że choć część z Was już skusiła się na któryś z tych smaków, więc proszę o opinie i  komentarze, żebym wiedziała na co najlepiej się wybrać ;)

Została nam jeszcze odrobinę mniej znana, ale bardzo lubiana kawiarnia Columbus Coffee. Tutaj możemy również spróbować Gingerbread Latte (pierniczki królują;), a także Raspberry Mocha, na którą muszę przyznać mam dużą ochotę. Niestety do kawiarni Columbus jest mi ostatnio wyjątkowo nie po drodze, ale kiedyś na pewno specjalnie nadrobię trochę drogi i wpadnę skosztować ich nowych kaw.

A Wy po którą kawę wybralibyście się najpierw? A może macie już swojego faworyta?:)

♥ Mili

Gdzie kupić dobrą kawę? cz.3

Nie codziennie mam okazję pić kawy najwyższej jakości. Oczywiście staram się kupować sprawdzone gatunki od znanych dystrybutorów, ale podobno najlepsze kawy dostaniemy jedynie w wyspecjalizowanych palarniach. Dzięki producentowi i palarni kawy  Tommy Cafe na własnej skórze przekonałam się, że naprawdę warto zwracać uwagę na to skąd pochodzi kupowana przez nas kawa i kiedy poddana została paleniu.

Tommy Cafe zajmuje się importem kawy z kilkunastu regionów świata. Ja miałam okazję spróbować gatunków z Etiopii, Kolumbii i Indii, czyli odbyłam kawową podróż prawie przez cały świat. Muszę przyznać, że zaraz po otrzymaniu paczki pierwsze na co zwróciłam uwagę to eleganckie czarne opakowania (kobieca logika… ;), z przejrzystą grafiką opowiadającą o zawartych w nich kawach. Zaraz potem zauważyłam datę palenia kaw: dokładnie ten sam dzień w którym otrzymałam paczkę! Sklep gwarantuje, że kawy wypalane są zgodnie z zamówieniami, a więc na bieżąco, co zapewnia nam ich maksymalny smak i aromat. A jakie kawy dokładnie otrzymałam?

- Indie Monsooned Malabar AA – 24,25zł za 250 g

Kawa o dymnym, ziemistym, intensywnym i zupełnie pozbawionym kwaskowatości smaku. Po przeczytaniu opisu byłam pewna, że jej nie polubię, ponieważ zdecydowanie wolę delikatne smaki. I tu się pomyliłam, bo ta kawa bardzo przypadła mi do gustu. Owszem, jej smak jest intensywny, ale nie gorzki. Smakowała mi również z dodatkiem mleka.

- Kolumbia Excelso – 23,03zł za 250g

Bogactwo smaków i aromatów uzupełnione o niską kwasowość i czekoladowe nuty. Rzeczywiście to kawa pełna ciekawych aromatów. Lekka kwasowość jest wyczuwalna, ale zupełnie nie przeszkadza. Pięknie pachnie i świetnie komponuje się z mlekiem.

- Etiopia Yirgacheffe – 26,21zł za 250g

Intensywny smak owoców, przypraw, czekolady i kwiatów z finishem jaśminu i cytrusa. Jeżeli chodzi o tę kawę to moje wrażenia były zupełnie odwrotne, niż w przypadku Indie Monsooned Malabar. Po przeczytaniu opisu i wymienionych w nim aromatów pomyślałam, że to najciekawsza z trzech kaw. Niestety nie przypadła mi do gustu tak bardzo, jak dwie pozostałe. Dla mnie intensywność zawartych w niej smaków jest po prostu zbyt duża, ale to kwestia kawowych upodobań.

Tommy Cafe zajmuje się również sprowadzaniem najdroższych i najbardziej pożądanych kaw na świecie, czyli Kopi Luwak i Jamajka Blue Montain. Te kawy także palone są na miejscu, dzięki czemu nie tracą ani odrobiny ze smaku i aromatu. Oprócz tego na stronie sklepu znajdziemy też duży wybór kaw smakowych oraz (ciekawostka!) kaw zielonych, które niedawno zyskały ogromną popularność ze względu na swoje właściwości wspomagające odchudzanie.

Cieszę się, że odkrywam coraz więcej miejsc, które gwarantują kawę najlepszej jakości. Wam również polecam poszukiwanie ich w swoim otoczeniu ;)

Mam dla Was miłą niespodziankę od sklepu Tommy Cafe – najlepsze kawy świata! Przy składaniu zamówienia wpiszcie kod LOVELATTE10 a otrzymacie 10% zniżki na wszystkie kawy i herbaty w asortymencie!

♥ Mili

Wrocław, miasto mlekiem i… muffinami płynące ;)

Kilka dni temu moje nogi poniosły mnie wprost do Wrocławia.To nie pierwsza i mam nadzieję nie ostatnia wizyta w tym mieście, bo mieszka tam ktoś, kogo zawsze z przyjemnością odwiedzam. Nie obyło się oczywiście bez kilku przygód (ostatnio prześladuje mnie jakiś pech! ;), których szczegóły zachowam dla siebie, bo nie chcę narażać Was na atak serca (ani na atak śmiechu ;).

Wrocław to piękne miasto, po którym można spacerować godzinami i co chwilę odkrywać nowe magiczne miejsca. Tak też spędziłam większość swojego pobytu, z małymi przerwami na typowe turystyczne „widzimisie”, jak np. przejażdżka nowa kolejką linową „Polinką”. Jak zwykle odkryłam też kilka bardzo pysznych miejsc, do odwiedzenia których zapraszam i Was ;)

Muffiniarnia

ul. Szewska 27-27A

To genialne miejsce specjalizujące się w produkcji najlepszych muffinów oraz cupcaków. Wnętrze jest kolorowe i od razu po wejściu ma się ochotę na coś słodkiego. Przeszklona gablota wypełniona jest słynnymi babeczkami w najróżniejszych smakach, od malinowego po kinder bueno. Cukiernia słynie też z bajecznych tortów, które przygotowywane są według naszych nawet najdziwniejszych marzeń. W sezonie letnim dostępne są również przygotowywane na miejscu lody, których niestety nie miałam już okazji spróbować. W menu znajdziemy też najpopularniejsze rodzaje kaw oraz sezonowe smaki np. jagodową kawę mrożoną.

Shakewave

ul. Kotlarska 25a

Z tego typu miejscem spotkałam się po raz pierwszy (chyba mało jeszcze w życiu widziałam:D). Niby czym są shaki wiem, ale do tej pory najbardziej kojarzyły mi się ze słynnym fastfoodem. Shakewave odkryło przede mną zupełnie nowy wymiar tego napoju. W tym miejscu możemy zamówić swojego shake’a marzeń, bo za ladą znajdują się półki wypełnione po brzegi wszystkim, o czym tylko marzymy (zaczynając od popularnych słodyczy a kończąc na wielkiej puszcze białka w proszku). Każdy więc znajdzie tam coś dla siebie – i mały łakomczuch i trochę większy, dbający o linię sportowiec. Oprócz tego mamy też możliwość zamówienia shaków skomponowanych przez ekipę Shakewave’a, a każdy z nich ma inną wdzięczną nazwę (spróbowałam „prokuratora”;). Będą we Wrocławiu na pewno nie możecie ominąć tej miejscówki.

A Wy macie jakieś ulubione miejsca we Wrocławiu? Chętnie je odwiedzę przy następnej wizycie ;)

♥ Mili

Mały Paryż w centrum Poznania

W ostatni weekend udało mi się po raz pierwszy odwiedzić Poznań. Wszystko z powodu odbywającego się tam koncertu z cyklu „Męskie granie”. Wypad udał się w 100%. Dopisało towarzystwo, pogoda, zarezerwowany hostel i oczywiście muzyka. Szczerze polecam Wam wybrać się na jeden z takich koncertów. Odbędą się jeszcze w Chorzowie, Warszawie, Wrocławiu i Żywcu. Wprawdzie na każdej z imprez dobrany jest inny skład występujących artystów, ale jestem pewna, że każdy zaprezentuje się świetnie, a atmosfera będzie tak samo dobra, jak w Poznaniu.

Niestety nie udało mi się zbyt wiele zobaczyć, ale centrum Poznania wydało mi się przyjemne i ciekawie zagospodarowane. Sam koncert odbywał się w bardzo klimatycznym miejscu tzw. Starej Gazowni, a jedno z centrów handlowych znalazło swoje miejsce w poprzemysłowym zabytku – browarze.

 

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym przy okazji nie odwiedziła jakiegoś nowego „kawowego” miejsca. Tym razem jednak już przez podróżą wypatrzyłam na facebooku jedno miejsce – Petit Paris. Moje przeczucie mnie nie zawiodło. Kawiarnio-piekarnia okazała się strzałem w dziesiątkę na dobre śniadanie.

Specjalnością Patit Paris jest pieczywo wypiekane na miejscu – od pszennych bułeczek po pełnoziarniste chleby, wliczając w to oczywiście wszystkie francuskie przysmaki, takie jak bagietki, croisanty czy kanapki Croque Madame i Croque Monsieur. Do tego duży wybór przepysznie wyglądających ciast i deserów, i oczywiście dobra kawa.

Zdecydowałam się na śniadanie petit paris, czyli koszyk różnego rodzaju pieczywa wraz z tacą domowych konfitur i kawą. Wszystko smakowało genialnie, więc znikło do ostatniego okruszka i ostatniego łyka kawy. Cena również okazała się przystępna – 15 zł . Na koniec jeszcze kęs pysznego ciasta marchewkowego i można było ruszać w drogę powrotną.

Jeżeli lubicie powolne, weekendowe (i nie tylko) śniadania, to zachęcam Was do odwiedzenia tego miejsca. Na pewno wyjdziecie zadowoleni.

Adres:

Stary Browar, poziom 0, lokal 10

♥ Mili

Skok na wafle! – WAFFLE BAR

Jakiś czas temu usłyszałyśmy o nowo otwartym miejscu w Warszawie – Waffle Bar. Zaskoczymy Was – tym razem nie jest to typowa kawiarnia, ale można się tam oczywiście napić kawy.

Lokal zyskał popularność serwując oryginalne gofry-wafle na słodko i słono. Miejsce jest małe i niepozorne (znajduje się na Al. Jerozolimskich 4, niedaleko Ronda de Gaulle’a), ale prosto i fajnie urządzone. Do wejścia zachęca zapach świeżo pieczonych gofrów i cudowny aromat kawy.

Menu przyprawia o zawrót głowy. Do wyboru mamy wiele niespotykanych połączeń smakowych. My skusiłyśmy się na gofra z łososiem i sosem wasabi oraz gofra z prażonymi jabłkami, orzechami i mascarpone. Oba warianty przepyszne!

Poza różnorodnością smaków zaletą jest również to, że możemy sami zdecydować o rodzaju mąki, która zostanie użyta do przygotowania naszych gofrów. To duży plus dla osób dbających o linię.

Wszystko baaaardzo nam smakowało (również kawa). Chętnie odwiedzimy to miejsce ponownie i zachęcamy też Was, bo to niepowtarzalne i przesmaczne miejsce w Warszawie.

Mili & Sara

Czy Costa Coffee podbije serca polskich kawoszy?

Ostatnio miałyśmy okazję uczestniczyć w spotkaniu prasowym firmy kawowej CHI Polska. Dzięki temu, mamy dla Was informacje z pierwszej ręki, dotyczące nadchodzących zmian. Na pewno już zauważyliście, że niektóre kawiarnie Coffee Heaven zamieniły się w Costa by Coffee Heaven. Był to jedynie proces przejściowy, który poprzedzał zastąpienie wszystkich kawiarni CH przez Costa Coffee.

Jak na razie wszystkie zmiany przebiegają szybko i sprawnie, więc i Wy lada moment natkniecie się na Costa Coffee w Waszej okolicy. Sprawia to wrażenie dużej rewolucji, ale zostałyśmy wtajemniczone we wszystkie szczegóły… i uwierzcie, idą zmiany na lepsze!

To co na pewno się nie zmieni, to nasze ulubione kawy i ich ceny.  Menu zostanie rozszerzone o nowe śniadaniowe i lunchowe posiłki, świeżo przygotowane na miejscu. Pojawią się bagietki, quiche, niskokaloryczne sałatki ( o fantazyjnych nazwach: 42 kalorie i 68 kalorii).

Największą rewolucję zauważycie w nowoczesnych i przytulnych wnętrzach – zaprojektowanych przez jedno z najbardziej znanych biur architektonicznych w Wielkiej Brytanii. Będziecie mile zaskoczeni nowymi pomysłami na wystrój. Mamy dla Was kilka wizualizacji:

Firma dalej zaskakiwać nas będzie sezonowymi nowościami. Od kilku dni można już rozkoszować się wiosennymi smakami kaw: Mangoccino, Banalatte i Viva Vanilla.

 

Obie jesteśmy zachwycone zmianami i z niecierpliwością czekamy na otwarcie lokali.

Mili & Sara

Na gadce w „Gadce Szmatce”

Dzień zapowiadał się całkiem nieźle. Wyszło słońce, termometr wreszcie wskazywał dodatnią temperaturę… Nawet PKP nas tym razem nie zawiodło. Cel miałyśmy obrany i dzielnie ruszyłyśmy w poszukiwaniu numeru dwa na ulicy Pokornej w Warszawie. Z pozoru proste zadanie, okazało się  nie lada wyzwaniem, a dokładnie – obejściem na około wielkiego apartamentowca z mnóstwem pustych lokali. Już chciałyśmy spisać wyprawę na straty, gdy wyłoniła się przed nami tablica z propozycjami lunchy należąca do poszukiwanego lokalu. Zbawienny widok!!!

Ucieszone wkroczyłyśmy do Gadki Szmatki, kawiarnio-restauracji z ogromnym drzewem w środku i wiszącymi dwoma, hawajskimi hamakami. Wystrój robi wrażenie. Bardzo oryginalny pomysł, jednak warty dopracowania.

Miałyśmy ochotę na duże ciacho i kaloryczną Mochę, ale miejsce okazało się bardziej nastawione na lunche i drinki.

Postawione pod ścianą z powodu braku Mochi, zamówiłyśmy tradycyjną Latte, ciasto marchewkowe i i ciasteczko żurawinowe. Desery niestety nas rozczarowały – ich wybór był co najmniej ubogi… do świeżości też możnaby się przyczepić.

Za to kawa uratowała sytuację. Była smaczna, nie za mocna i kremowa, z estetycznym wzorkiem :)

Nie udało nam się pozostać „in cognito” :P , bo pan barista od razu rozpoznał w nas blogerki… no cóż, duża lufa w aparacie robi jednak swoje. :D

 

Podsumowując – „Gadka Szmatka” nie jest typową kawiarnią z ladą przepełnioną ciastami do wyboru i smakowymi kawami w menu. To raczej dobre miejsce na lunch, kawa jest tu raczej smacznym bonusem.

Mili & Sara

Dawno, dawno temu w Green Café Nero

Do tej kawiarni trafiłyśmy całkiem przypadkiem. I chociaż jest to sieciówka z kilkunastoma lokalami w Warszawie, to nie miałyśmy wcześniej okazji spróbować ich kawowych specjałów.

Wnętrza tych kawiarni są urządzane bardzo klimatycznie i oryginalnie. Przeważają ciepłe barwy, panuje domowa atmosfera. Można popijać ulubioną kawę siedząc w dużych, miękkich fotelach.

To wszystko sprawiło, że Sara wybrała jeden z ich lokali na tło teledysku do piosenki Wojtka Ezzata i Ewy Pac „Kropla do kropli” (tak, tak… Szkoła Filmowa zobowiązuje, Sara była reżyserem i musimy się Wam tym pochwalić ;).

http://www.youtube.com/watch?v=LrBddNvE1Vs

Ale wróćmy do kawy… Oczywiście wybór był prosty, jak zwykle zamówiłyśmy latte, która wyjątkowo nam zasmakowała. Nie była ani za mocna, ani za słaba – idealna.

Ciekawym rozwiązaniem zastosowanym w kawiarniach jest stolik pełen dodatków do kawy i herbaty: cukier biały, brązowy, kandyzowany, miód, kakao, cynamon i wiele innych.

Poza kawą możemy tam też wrzucić coś na ząb, a raczej porządnie się najeść. Miałyśmy szansę spróbować tortilli z kurczakiem w sosie curry, muffina oraz ciasta marchewkowego. Wszystko było bardzo smaczne (chociaż ciasto marchewkowe lepiej wychodzi nam w domu;). Prócz tego lada była zapełniona innymi, smacznie wyglądającymi przysmakami.

Dobrym pomysłem są zestawy śniadaniowe i lunchowe (kawa + dodatek), serwowane w przystępnych cenach.

Spędziłyśmy w tej kawiarni aż 7 godzin (w końcu plan filmowy to cięzka praca;), więc możemy powiedzieć, że znamy ją na wylot. Dlatego też śmiało możemy Wam ją polecić ;)

 

Mili & Sara

Weekendowe podróże, czyli kawa po krakowsku ;)

 

Niedawno miałam okazję wyrwać się na chwilę z warszawskiego zgiełku i odwiedzić chyba najbardziej turystyczne miasto w Polsce – Kraków. Do tej pory Kraków kojarzył mi się tylko i wyłącznie ze szkolnymi wycieczkami, pospiesznym zwiedzaniem wszystkich zabytkowych kościołów oraz obolałymi od całodziennego chodzenia stopami. Tym razem odkryłam go na nowo. Okazało się, że to prawdziwie europejskie miasto, pełne ludzi mówiących najróżniejszymi języki, przepięknych starych budynków i uliczek, którymi chce się spacerować cały dzień (spacerować, a nie biec za przewodnikiem ;).

Bez pośpiechu mogłam przyglądać się tętniącemu życiem miastu, wstępować do każdego ciekawego miejsca i oczywiście fotografować każdy szczegół. Wszystko to, co kocham najbardziej!

Kraków ma to do siebie, że wszystko wydaje się tam fajniejsze, niż jest w rzeczywistości: fajniejsze sklepy, restauracje, kawiarnie, pamiątki itd. Możecie sobie wyobrazić, jak mocno musiałam się powstrzymywać przed kupieniem kolejnej „niezbędnej” rzeczy lub wypiciem kawy w „niepowtarzalnej” kawiarni. Oczywiście nie obyło się bez łupu w postaci magnesu, który dumnie wisi teraz na drzwiach od lodówki. Ale jeżeli chodzi o kawiarnie, to Kraków naprawdę ma się czym pochwalić. Właściwie każda sprawia wrażenie przytulnej, pachnącej cudowną kawą i pysznymi ciastami. Oczywiście niemożliwe było odwiedzenie ich wszystkich w ciągu jedno weekedu (chociaż bardzo się starałam;).

Wielbicielom nowych ciekawych smaków polecam kawiarnię Castor Coffee Club znajdującą się przy samym Rynku Głównym, na rogu ul. Floriańskiej. W sezonowym menu znalazłam latte o smaku gruszki z czekoladą, pistacji, a nawet słynnych makaroników. Do tego przystępne ceny, no i ten cudowny widok na Rynek.Bardzo przyjemny klimat zapewni Wam też Cupcake Corner. Ich lokale mieszczą się w kilku miejscach w Krakowie m.in. przy ul. Brackiej 4, Grodzkiej 60 oraz Michałowskiego 14. Chociaż główną atrakcją są tam bajecznie wyglądające cupcaki, to możecie też napić się tam dobrej kawy.

Muszę Wam przyznać, że oprócz kawy, moją drugą słabością jest czekolada. Zdecydowanie to ona okazała się królową tego weekendu. W Krakowie trafiłam na miejsce, w którym mogłabym zamieszkać  - Manufakturę Czekolady. Te dwa słowa i zdjęcia poniżej nawet odrobinę nie oddają cudowności tego miejsca. Bo oprócz tego, że możemy wydać tam fortunę na małe czekoladowe „dzieła sztuki”, to możemy też napić się prawdziwej gorącej czekolady. Wszystko rodem z uwielbianego przeze mnie filmu „Czekolada” (no, brakuje tylko Johnnego Deppa;).

Kraków okazał się strzałem w dziesiątkę! ;)

 

Mili