Wpadło w ucho

Czas na kolejną porcję utworów, które towarzyszą mi ostatnio każdego dnia. Pora jest wakacyjna, więc większość z nich powoduje, że nóżka sama wystukuje rytm, a czasami i chce się trochę tańczyć. Nie zabraknie też czegoś bardziej klimatycznego. Zresztą sami posłuchajcie! ;)

Kygo – Raging ft. Kodaline & Kygo, Labrinth – Fragile

Te dwa utwory to moi faworyci od Kygo. Pokochałam od pierwszej nuty, teksty, melodia, wszystko idealnie.

 

Dagny – Backbeat

Melodia sprawia, że od razu chce się tańczyć i śpiewać razem z Dagny. Młoda wokalistka ma duży potencjał.

 

MØ – Final Song

Koniecznie posłuchajcie! To moje pierwsze zetknięcie z tą wokalistką, ale już czuję, że nie ostatnie.

 

Stalking Gia – Second Nature

Coś do pobujania się.

 

Męskie Granie. 2016. Męskie Granie Orkiestra – Wataha

I na koniec polska perełka. Po „Elektrycznym” wydawało się, że już żaden utwór Męskiego Grania nie będzie mógł mu dorównać. A tutaj niespodzianka! Wakacje 2016 stoją pod znakiem tej piosenki. Kto może oprzeć się takiemu trio?

 

♥ Mili

 

O sukienkach…. The Dress – Mega Hess

Dziś chciałabym polecić Wam lekturę na zbliżający się długi majowy weekend. Może lektura to w tym wypadku zbyt wielkie słowo, ale na pewno nie pożałujecie sięgając po tę książkę. „The Dress. 100 iconic moments in fashion” to przepiękny album stworzony przez niezwykle utalentowaną ilustratorkę – Megan Hess.

Megan jest osobą stworzoną do rysowania. Ilustrowała m.in bestseller New York Timesa, czyli Sex and the City, tworzyła dla Vanity Fair i Vogue, a nawet była autorką wystawy słynnego sklepu Bergdorf Goodman w Nowym Jorku. W książce „The Dress” zilustrowała 100 najpiękniejszych i najbardziej rozpoznawanych sukienek ostatnich kilkunastu lat podzielonych na 6 kategorii: Projektanci, Ikony, Śluby, Muzyka, Film i Oscary. Znajdziemy tam m.in. przepiękne dzieło Very Wang, czy słynną suknię Carrie Bradshaw. Każdy z rysunków opatrzony jest krótkim, osobistym opisem wspomnień autorki związanych z daną kreacją.

Ta książka to prawdziwa gratka dla każdej wielbicielki mody. Jest tak pięknie wydana, że zapłaciłabym za nią każdą (no prawie:) cenę. Kiedy już przeczytamy wszystkie opisy możemy po prostu przeglądać ilustracje od deski do deski, zachwycając się ponownie każdą z nich. Polecam! :)

♥ Mili

Po japońsku – H.Murakami „Mężczyźni bez kobiet”

Po dłuższej przerwie wracam do Was z książką w ręku. W końcu znalazłam odrobinę czasu na lekturę i postanowiłam nadrobić zaległości. Na pierwszy ogień poszła „Dziewczyna z pociągu”, czyli najnowszy thriller brytyjskiej pisarki Pauli Hawkins, który bije ostatnio rekordy popularności. Ponieważ powoli zaczęłam odnosić wrażenie, że książka ta przysłowiowo „wyskoczy mi z lodówki”, musiałam sprawdzić, czy rzeczywiście to całe zamieszanie jest warte świeczki. Przeczytałam i już wiem. Powieść ciekawa i z pomysłem. Wciągnęła, ale nie wzbudziła wielkiego „WOW”. Być może to efekt wygórowanych oczekiwań.

Następnie postanowiłam sięgnąć po autora, o którym wiele słyszałam, a nie miałam jeszcze okazji bliżej poznać. W księgarni natknęłam się na najnowszą książkę Harukiego Murakamiego „Mężczyźni bez kobiet”. Tytuł bardzo mi się spodobał, a od dawna miałam ochotę przeczytać którąś z osławionych pozycji tego japońskiego pisarza. Właściwie nie wiedziałam czego się spodziewać. Czułam jedynie, że będzie to coś zupełnie innego od powieści Pauli Hawkins.

Książka składa się z siedmiu opowiadań, których bohaterami są mężczyźni w różnym wieku. Łączy ich jedno: w ich życiu brakuje kobiet. Umarły, odeszły albo nie pojawiły się wcale. Historia każdego z mężczyzn jest inna, a czytelnik poznaje jedynie jej fragment. Mimo to każda wciąga w zupełnie inny świat i dawkuje zupełnie inne emocje. Poznajemy nieszczęśliwie zakochanego lekarza, który po odrzuceniu przez ukochaną popada w całkowitą agonię, a także zdradzonego przez żonę właściciela pubu. Każde opowiadanie zawiera w sobie odrobinę magii, co przywodzi na myśl gatunek fantasy. Mimo to, każde opowiadanie jest też bardzo blisko rzeczywistości, która dotyczy każdego z nas.

Chociaż książka przypadła mi do gustu, to raczej nieprędko sięgnę po kolejne dzieło tego autora. Opowiadania Murakamiego mają swój specyficzny klimat. Nie jest to literatura lekka i przyjemna, a raczej skłaniająca do refleksji i pozostawiająca w głowie wiele pytań. Mimo, że jestem fanką wszelkiego rodzaju refleksji, zwłaszcza tych dotyczących relacji damsko-męskich ;), to nie do końca pochłonął mnie styl kreowany przez Murakamiego. A Wy macie jakieś doświadczenia z książkami tego japońskiego autora?

♥ Mili

Wpadło w ucho

Ostatni wpis tego typu pojawił się na blogu hm… prawie dokładnie rok temu! Trochę wstyd, bo przecież przez ten rok w ucho wpadło mi co najmniej kilkanaście całkiem przyzwoitych (a czasami nie;) kawałków. Ostatnio jednak muzyka towarzyszy mi wyjątkowo często, właściwie w każdej wolnej chwili mam słuchawki w uszach, więc powstanie tego wpisu jest całkiem uzasadnione. Uprzedzam, że moje aktualne hity wcale nie są aż tak aktualne, ale przecież liczy się to, że w ogóle udało mi się je odkryć ;) Enjoy ;)

Sam Feldt – Show Me Love (ft. Kimberly Anne)

Kawałek odkryty podczas jednej z letnich imprez, już zawsze będzie mi się kojarzył z beztroskimi, ciepłymi nocami w ulubionej Miłości.

 

WEKEED – Wild Child

Kolejny wakacyjny hit. Był czas, że nie mogłam przestać zapętlać tego kawałka… Uwielbiam!

 

Robin Schulz – Sugar (feat. Francesco Yates)

Robin Schultz jest ostatnio moim guru. Tak wiem, lepiej późno, niż później, ale cóż… I ten teledysk. Mistrzostwo ;)

 

Wet – Don’t Wanna Be Your Girl (Branchez Remix)

Ten remiks znalazł się na mojej playliście całkiem przypadkiem, ale od razu zauroczył i zadomowił się już na dobre.

 

Passion Pit – Carried Away

Kolejny szczęśliwy przypadek. Najpierw zauroczył mnie teledysk, a potem piosenka. Posłuchajcie również remiksu w wykonaniu genialnego Olivera Nelsona.

 

Calvin Harris – Sweet Nothing ft. Florence Welch

I na koniec czarująca Florence. Piosenka ma już swoje lata, ale właśnie teraz jest dla mnie bardzo ważna.

 

I jak? Wpadło Wam coś w ucho? :)

♥ Mili

Przeciwieństwa się przyciągają? – D.Nicholls „My”

Pogoda dopisuje! Boskie, cudowne lato powoli zaczyna przypominać to z moich marzeń. Jak wszystko, ma to swoje wady i zalety… Zdecydowanie bowiem pogoda nie sprzyja kolejnym próbom powstawania wyczekiwanej pracy magisterskiej (czy cokolwiek temu sprzyja?!). Zamiast więc skupiać się na tym, żeby w końcu skończyć studia, beztrosko oddaje się błogiemu lenistwu z niezbyt naukową literaturą w ręku. Urządzam krótkie wycieczki rowerowe na pobliską łąkę, gdzie razem z zimną kawą w nowym kubku ( 
http://witeks.pl/
) pochłaniam kolejne kartki nowej powieści Davida Nichollsa.

Powieść rozpoczyna się w momencie, gdy Douglas Petersen, flegmatyczny, poważny i do bólu praktyczny naukowiec, dowiaduje się, że jego żona Connie nie czuje się już szczęśliwa w ich małżeństwie i chce od niego odejść. Nadchodzące rozstanie zbiega się w czasie z wyjazdem ich syna Albiego, który rozpoczyna studia w innym mieście. Douglas i Albie różnią się od siebie tak bardzo, że mimo łączącej ich miłości nie potrafią ze sobą rozmawiać, ani wzajemnie się zrozumieć. Ojciec, przerażony wizją rozpadu rodziny, bez której nie wyobraża sobie życia, planuje ich ostatnie wakacje – objazdową wycieczkę po miastach Europy. Oprócz planów zwiedzania, Douglas ma więc też plany odzyskania względów żony i syna. Nie wszystko jednak toczy się tak, jakby tego chciał. Niepokorny Albie znika bez śladu w jednym z miast na trasie, a Douglas postanawia za wszelką cenę go odnaleźć, odzyskując tym samym miłość Connie. Czy mu się uda?

Z pozoru prosta opowieść okazała się wypełniona mądrymi słowami na temat życia, a zwłaszcza małżeństwa. Douglas i Connie to bohaterowie całkowicie od siebie różni, można by nawet powiedzieć, że kontrastowi. Ona – niepokorna artystka, spontaniczna i kochająca życie, on – wycofany, zamknięty w swoim świecie biochemik, ceniący ponad wszystko poczucie bezpieczeństwa. Mimo dzielącej ich przepaście zakochali się w sobie, wzajemnie wspierali i szanowali świat drugiej strony. Tak zakochanie przerodziło się w miłość, a miłość w małżeństwo i rodzinę, która wydawała się idealnie funkcjonować. Okazuje się jednak, że do pełni szczęścia brakuje wiele, zwłaszcza po 25 latach wspólnego życia. Różnice w charakterach Connie i Douglasa są tak duże, że nawet łączące ich uczucie nie jest w stanie zapełnić tej pustki. Książka bezbłędnie ukazuje, jak trudno zbudować trwały i silny związek. Wielka miłość przegrywa, jeżeli nie łączą nas pasje, nie rozumiemy swoich upodobań i nie szanujemy świata tej drugiej połówki.

Szczerze polecam Wam sięgnąć po tę książkę. Mimo dość poważnej i skłaniającej do refleksji tematyki, napisana jest lekko i zabawnie, a całość czyta się właściwie jednym tchem. To idealna lektura na plażę, ławkę w parku czy ogrodowy leżak. Nie będziecie się nudzić :)

♥ Mili

Wpadło w ucho

Dawno nie było na blogu żadnych muzycznych inspiracji, więc postanowiłam, że najwyższy czas podzielić się z Wami tym, co mi w duszy ostatnio gra.

Od pewnego czasu na mojej playliście króluje kilka kawałków, które męczę w kółko od nowa. Nic na to nie poradzę, że jak coś wpadnie mi w ucho to do znudzenia słucham wyłącznie kilku utworów… Ale, ale coś mi mówi, że i Wy tak macie, więc czuję się zupełnie usprawiedliwiona ;)

No to zaczynamy mój wrześniowo/październikowy przegląd muzyczny ;)

Ella Henderson – Ghost (Oliver Nelson Remix)

Słucham już od dobrego miesiąca, a nawet jest to mój dzwonek w telefonie… Chore, ale cóż, jeszcze mi się nie znudziło :)


Vanic x Machineheart – Circles

Obecnie to mój numer jeden… Melodia i tekst ciągle chodzą mi po głowie i chyba szybko nie przestaną…

https://www.youtube.com/watch?v=Y3cFaraOS-c
Alt-J – Breezeblocks

Świetna piosenka, świetny teledysk, nic dodać nic ująć


Dawid Podsiadło – No

I nasz ukochany rodzimy Dawid… Piosenka „No” sprawia, że chce mi się tańczyć ;)

 

Podsyłajcie w komentarzach linki do piosenek, których ostatnio najczęściej słuchacie przy kawie i nie tylko ;)

♥ Mili

Barcelona i churros con chocolate

Przez kilka dni na blogu panowała cisza, jak makiem zasiał… Przeprowadzałam małą rewolucję w swoim pokoju (pokochałam składanie ikeowskich mebli;) i nie starczało mi czasu, żeby porządnie zająć się tworzeniem nowego posta. Na szczęście pokojowe rewolucje mam już za sobą i w spokoju wracam w blogowe progi.

Już kilka razy wspominałam Wam, że Barcelona jest wymarzonym celem mojej podróży. Nie mam pojęcia, kiedy w końcu uda mi się go zrealizować, ale cały czas pilnie przygotowuję się do tej wyprawy, tym razem dzięki niedawno wydanej książce Katarzyny Wolnik-Very „Przystanek Barcelona”.

Na pierwszy rzut oka to tradycyjny przewodnik po stolicy Katalonii, ale tak naprawdę jest czymś znacznie więcej. Katarzyna Wolnik-Vera to Polka, która kilka lat temu przeprowadziła się do Barcelony i wyszła tam za mąż. „Przystanek Barcelona” opowiada o tym, jak powoli zagłębiała się w hiszpańską kulturę i poznawała to przepiękne miasto. Znajdziemy w nim wiele przydatnych informacji o zabytkach i architektonicznych „perełkach”, które koniecznie trzeba zobaczyć, ale też jeszcze bardziej przydatne ciekawostki na temat zwyczajów, usposobienia i kultury Hiszpanów.

To idealny przewodnik do zabrania ze sobą w podróż do Barcelony, ale też ciekawa lektura na długie jesienne wieczory. Niewielką wadą (a może zaletą?) książki jest szczegółowość zawartych w niej danych (np. ceny wejściówek i numery komunikacji miejskiej), które z czasem mogą ulegać dezaktualizacji. Mam jednak nadzieję, że autorzy zadbają o kolejne wydania.

A żeby umilić sobie lekturę i odrobinę poprawić humor w zimny, jesienny dzień, postanowiłam przygotować tradycyjny hiszpański przysmak, czyli churros con chocolate. Wyszły pysznie (choć niezbyt dietetycznie;), dlatego dzielę się z Wami przepisem.

Potrzebne składniki:

200 g mąki
100 g masła
4 jajka
szczypta soli
0,5 l oleju do smażenia
1 szklanka wody
200 ml śmietanki kremówki 30%
200 g czekolady gorzkiej

cukier waniliowy i cynamon

Przygotowanie:

W garnku zagotowujemy wodę z masłem i solą. Kiedy masło się roztopi dodajemy przesianą mąkę i energicznie mieszamy, aż ciasto zacznie odchodzić od ścianek i będzie miało jednolitą konsystencję (zupełnie jak w cieście ptysiowym). Zdejmujemy garnek z ognia i pozostawiamy masę do lekkiego przestygnięcia. W oddzielnym garnku zaczynamy już rozgrzewać olej do smażenia. Do masy wbijamy po jednym jajku i dokładnie miksujemy. Ciasto będzie gęste i odrobinę ciągnące. Przygotowanym ciastem wypełniamy rękaw cukierniczy (z falowaną końcówką). Do rozgrzanego oleju wyciskamy ok. 5 cm pałeczki i smażymy przez ok 1-2 min. Wyjmujemy na papier, aby pozbyć się nadmiaru tłuszczu, a następnie delikatnie obtaczamy w cukrze i cynamonie.

Do pełnego szczęścia potrzebna nam już tylko płynna czekolada. Śmietankę mocno podgrzewamy, następnie zdejmujemy z ognia i wrzucamy do niej pokruszoną czekoladę. Dokładnie mieszamy, aż czekolada się rozpuści, a całość zgęstnieje.

Maczamy churros w płynnej czekoladzie i myślami przenosimy się do słonecznej Barcelony…. ;)

♥ Mili

 

„Małżeństwo we troje” – lektura na wakacyjny dzień

Dam Wam chwilę odsapnąć od tych wszystkich słodkości z malinami i nie tylko. Jest niedziela, piękny słoneczny dzień – idealny na chwilę relaksu przed nowym tygodniem pracy. A jeśli relaks to oczywiście z książką, chłodną lemoniadą, na hamaku w ogrodzie…

Na promocji w Empiku udało mi się ostatnio dorwać książkę, którą już od dawna zamierzałam przeczytać. „Małżeństwo we troje” Erica Emmanuela Schmitta to zbiór krótkich, ale bardzo wciągających opowiadań. I chociaż ja najbardziej lubię książki, które mają kilkaset stron i przywiązują nas do siebie na dłuższy czas, to opowiadania Schmitta zawsze przypadają mi do gustu i są miłą odskocznią od moich „zwyczajnych” lektur.

Książka zawiera 5 opowiadań, a każde wciąga już od pierwszych linijek. Właściwie za każdym razem żałowałam, że dane opowiadanie tak szybko dobiega końca, bo chętnie pozostałabym dalej w świecie ich bohaterów. Wszystkie części, chociaż różnią się od siebie pod względem postaci, miejsc i wydarzeń, łączy niesamowite odzwierciedlenie ludzkich problemów, nieopanowanych emocji, skrytych myśli i nieprzewidywalnych zachowań.To charakterystyczne dla Schmitta i chyba najbardziej pociągające w jego opowiadaniach. Jak stwierdził sam autor, wszystkie opowiadania traktują też o miłości, ale w różnych jej postaciach. Jest miłość homoseksualna, miłość do zwierząt, miłość ukrywana przez lata, miłość wymuszona, na pokaz… Można by wymieniać bez końca. Za to właśnie cenione są jego książki – niezwykła różnorodność emocji, a zarazem ich spójność.

Czytaliście inne książki tego autora? Może macie jakieś ulubione w swoich biblioteczkach? ;)

♥ Mili

Nowy Jork w książkach

Nowy Jork to moje miast marzeń. Wiem, nie jestem oryginalna, ale skoro tak wielu ludzi kocha to miejsce, to musi coś w tym być. Nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek uda mi się tam pojechać i choćby przez chwilę poczuć miasto tętniące życiem jak żadne inne. Głęboko wierzę, że w końcu się tam znajdę. Jestem nawet w stanie wyobrazić sobie to ogarniające mnie poczucie szczęścia i spełnienia. Póki co postanowiłam poznać Nowy Jork od podszewki. Co jakiś czas sięgam po kolejną książkę, która choć na chwilę przybliża mi świat tej metropolii.

Piąta aleja, piąta rano

To książka, w której Nowy Jork jest jedynie tłem, ale za to tłem dla mojego ukochanego filmu Breakfast at Tiffany’s. Kiedyś już Wam o niej pisałam, więc zachęcam do przeczytania tego wpisu TUTAJ. Książka jest bardzo ciekawie napisana i zainteresuje nie tylko fanów słynnego filmu.

Nowy Jork zbuntowany. Miasto w czasach prohibicji, jazzu i gangsterów

To książka -album opowiadająca o tym, jak w latach 20. i 30., mimo wprowadzonej prohibicji, organizowano najhuczniejsze i najmocniej zakrapiane alkoholem przyjęcia. Na pewno kojarzycie słynny film Wielki Gatsby, który świetnie obrazuje panującą w tamtych czasach atmosferę. Strumienie alkoholu (oczywiście zakazanego), gangsterskie porachunki i mafijne przekręty. Poza tym książka ilustrowana jest ciekawymi zdjęciami zarówno miasta, jak i słynnych ludzi, którzy je zamieszkiwali.

Kocham Nowy Jork

Po tę książkę sięgnęłam przypadkiem, zachęcona oczywiście tytułem. Od dawna miałam ochotę przeczytać jakąś powieść, której akcja działaby się w Nowym Jorku. Niestety odrobinę się rozczarowałam. Kocham Nowy Jork to opowieść o perypetiach młodej paryskiej prawniczki, która postanawia przeprowadzić się do Nowego Jorku. Czyta się szybko i przyjemnie – taka książka dla relaksu. Zabrakło mi natomiast klimatu Nowego Jorku i nawiązań do znanych w nim miejsc. Po tytule i opisie spodziewałam się, że główna bohaterka będzie przynajmniej piła kawę w klimatycznych kafejkach na 5th Avenue lub biegała co rano po Central Parku. Nic z tego, ale może taki był właśnie zamysł autorki. Ja nie ustaję w poszukiwaniach ciekawej powieści z Nowym Jorkiem w tle. Może Wy mi coś polecicie??

Nowy Jork. Od Manhatty do Ground Zero.

Jak dotąd to moja ulubiona pozycja. Magdalena Rittebhouse napisała arcyciekawą książkę na temat miasta, do którego wyjechała się kilkanaście lat temu. Tak jak wskazuje tytuł, książka przeprowadza nas przez historię miasta od samiuśkiego początku, aż do czasów współczesnych. Ale nie jest to nudny wykład z historii. Każdy rozdział to opowieść o innej części miasta, innych budynkach czy ludziach. Wszystko czyta się z ogromnym zainteresowaniem i ciekawością kolejnego rozdziału. Dodatkowym smaczkiem są osobiste wspomnienia autorki wplatane pomiędzy historyczne fakty. Lektura godna polecenia!

A Wy macie swoje ulubione książki opowiadająca o wymarzonych miejscach??

♥ Mili

Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę…

Na tę książkę trafiłam zupełnie przypadkiem, przechadzając się między księgarnianymi półkami pełnymi książek. Oczywiście zaintrygował mnie tytuł. Kawa zawsze przewija się gdzieś na kartkach powieści, ale żeby zasłużyć na znalezienie się w tytule… To już musi być coś więcej. Lektura wydała mi się idealna do umilenia czasu spędzanego w pociągu – jest mała i lekka, więc spokojnie zmieści się w każdej torebce. Kupiłam i …. żałuję??

Nie, niczego nie żałuję! (Że tak sobie zaśpiewam za Edith Piaf ;). Może książka nie należy do pozycji, które obowiązkowo powinien mieć na półce każdy czytelnik, ale czytało się ją przyjemnie i z zainteresowaniem (choć krótko).

„Szczęśliwi ludzie czytają książki i piją kawę” to powieść francuskiej autorki Agnès Martin – Lugand. Najpierw podbiła serca internautów, a potem została wydana i sprzedana do kilkunastu krajów. Opowiada historię Diane, mieszkanki Paryża, która nagle traci w wypadku samochodowym ukochanego męża i małą córeczkę. Całkowicie się załamuje. Po długim czasie odizolowania postanawia opuścić dom, który przypomina jej o tragedii, i wyjechać do wybranego na chybił trafił miasteczka. Tak trafia do Mulranny w Irlandii.Tam Diane próbuje na nowo odzyskać sens życia, w czym pomagają (lub przeszkadzają) wścibscy mieszkańcy, irytujący (ale przystojny! ;) sąsiad i pies Pat.

Gdy rozpoczynałam lekturę za serce chwyciła mnie od razu tragiczna sytuacja głównej bohaterki. Muszę przyznać, że nie potrafię sobie wyobrazić, co bym zrobiła, gdybym sama znalazła się w niej znalazła – przerażające. Potem książka zaczęła wydawać mi się odrobinę przewidywalna – nieszczęśliwa bohaterka, przystojny mężczyzna, który może ją pocieszyć itd. itd. Mimo wszystko nie zrezygnowałam z dokończenia czytania i bardzo dobrze. Zakończenie książki okazało się nie być wcale przewidywalne, ale nie będę Wam zdradzać szczegółów. W każdym razie byłam mile zaskoczona i nie żałuję, że przeczytałam te 200 stron.

To książka niosącą ze sobą nadzieję. Czasami wydaje się nam, że nie mamy już siły walczyć, nie możemy dłużej przezwyciężać przeciwności losu, ale to tylko chwilowy stan. Jeżeli uwierzymy w to, że ciągle możemy być szczęśliwi, to szczęście znajdzie nas prędzej, czy później, nawet jeżeli będziemy się przed nim skrzętnie chować. Może ktoś z Was potrzebuję zastrzyku pozytywnych wibracji – polecam zaparzyć kubek pysznej kawy, rozsiąść się wygodnie w fotelu i poczytać ;)

♥ Mili