Love, Rosie.

Walentynki już za nami, ale przecież każda pora jest dobra, żeby obejrzeć jakiś romantyczny film. Fanom produkcji takich jak „Jeden dzień”, czy „Ostatnia piosenka” mogę polecić względnie nowe dziecko Christiana Dittera pod tytułem  „Love, Rosie”.

Film opowiada historię Rosie i Alexa – dwójki przyjaciół, którzy od dzieciństwa są nierozłączni. Kiedy dorastają rodzi się między nimi miłość, ale żadne z nich nie umie się do tego przyznać. Los płata im wiele figli i ostatecznie rozdziela młodych ludzi, rzucając Sama na drugi koniec świata. Każde z nich stara się ułożyć swoje życie jak najlepiej potrafi, ale wciąż nie mogą o sobie zapomnieć. I już, już wydaje nam się, że w końcu uda się im połączyć, kiedy na drodze stają kolejne przeszkody…

Ot, typowa komedia romantyczna, nie należy spodziewać się fajerwerków. A mimo wszystko film ma w sobie jakąś magię. To chyba zasługa dwójki głównych bohaterów granych przez Lily Collins oraz Sama Claflina. Ta para niesamowicie do siebie pasuje i sprawia, że cały film wydaje się dużo bardziej prawdziwy. Kiedy widzimy ich na ekranie wierzymy w łączące ich uczucie i w moc ich słów. Wszystko okraszone jest humorem i ciekawą ścieżką dźwiękową (koniecznie posłuchajcie piosenki Lily Allen;).

„Love, Rosie” to film zabawny i bardzo wzruszający jednocześnie. Ktoś powie, że stworzony z myślą o gimnazjalistkach, ale ja nie do końca się  z tym zgadzam. Ten obraz niesie ze sobą przesłanie, może banalne, ale jednak tak prawdziwie – czasami miłość jest na wyciągnięcie ręki, a my boimy się lub nie chcemy jej dostrzec. Warto więc rozejrzeć się dookoła, bo coś bardzo ważnego może przejść nam koło nosa…

♥ Mili

Filmowy weekend – „Zaginiona dziewczyna” i „Bogowie”

W miniony weekend udało mi się zobaczyć w kinie aż dwa nowe filmy. Jeden, który planowałam obejrzeć już od jakiegoś czasu i jeden wybrany całkiem przypadkowo. Dwa kompletnie różne obrazy, ale oba zrobiły na mnie duże wrażenie. Jeden polski, oparty na prawdziwych faktach, drugi amerykański, ze skomplikowaną, prawie nierealną fabułą. Oba chętnie Wam polecę.

„Zaginiona dziewczyna” to film w reżyserii Davida Finchera z Benem Affleckiem w roli głównej. Opowiada skomplikowaną historie młodego małżeństwa Amy (Rosamund Pike) i Nicka (Ben Affleck), które z pozoru niczym szczególnym nie różni się od innych. Jednak w ich związku nie najlepiej się dzieje. Pewnego dnia Amy znika bez śladu w tajemniczych okolicznościach, a na Bena pada podejrzenie zabójstwa żony. Prawda o zaginięciu Amy jest jednak dużo bardziej skomplikowana, a Ben zaciekle walczy o udowodnienie swojej niewinności.

Fabuła wydaje się dość prosta, ot historia o zbrodni, która prowokuje skomplikowane policyjne śledztwo. Też tak mi się wydawało… Ale to, co w filmie działo się dalej przerosło moje wszelkie wyobrażenia. Historia okazała się dużo ciekawsza i dużo bardziej wciągająca, niż myślałam. W ciągu całego filmu przynajmniej kilka razy uległy zmianie moje przypuszczenia co do tzw. „złego charakteru”… Były momenty, w których moje oczy robiły się coraz większe ze zdumienia, a to właśnie to, co cenię najbardziej w tym gatunku filmowym. Jeżeli macie ochotę trochę „pogłówkować” to koniecznie obejrzyjcie ten film ;)

I drugi, kultowy już chyba, film „Bogowie”, opowiadający historię profesora Zbigniewa Religi (Tomasz Kot) i pierwszego przeszczepu serca w Polsce. To przykład na to, że w Polsce mogą powstawać dobre filmy, które są doceniane również na świecie. Film genialnie oddaje klimat czasów PRL-u w lekko krzywym zwierciadle: kawa zalewana w szklance, Fiat 125, wszechobecna szarość i wyższość partii. Do tego genialna rola Tomasza Kota i wspaniałe kreacje innych, drugoplanowych aktorów. Nic dodać nic ująć. Po prostu trzeba to zobaczyć.

♥ Mili

Begin Again – best movie I’ve seen lately

„Zacznijmy od nowa” to najnowszy film Johna Carneya (twórcy m.in. filmu „Once”). Jego premiera w polskich kinach odbyła się  4 lipca, czyli zaledwie kilka dni temu, ale ja już zdążyłam go zobaczyć. Wszystko dlatego,  że główna rolę gra tam moja ulubiona aktorka Keira Knightley. Na seans wybrałam się pełna nadziei na miło spędzony wieczór, nic więcej. Ten film przerósł wszystkie moje oczekiwania.

Film opowiada historię Grety (Keira Knightley) początkującej piosenkarki i kompozytorki, która towarzysz swojemu ukochanemu w podróży do Nowego Jorku. Jej chłopak Dave (Adam Levine, wokalista Maroon 5) ma szansę na wielką karierę muzyczną, duży kontrakt ze sławną wytwórnią i promowaną trasę koncertową. Wydaje się, że nic więcej nie potrzeba im do szczęścia – miłość, popularność i pieniądze. Los jest jednak lubi płatać figle – Dave zakochuje się w nowo poznanej menadżerce, a Greta zostaje sama w wielkim mieście. Ostatniego wieczora przed powrotem do domu spotyka w pubie Dana (Mark Ruffalo), podupadającego producenta muzycznego, który całkowicie zaniedbał swoją rodzinę, za to chętnie zagląda do kieliszka. On jest oczarowany Gretą i jej piosenkami, chce by dziewczyna nagrała z nim płytę. Pomysł jest zwariowany – każda piosenka na płytę ma zostać nagrana w innym miejscu Nowego Jorku, na ulicach, dachach i w parkach. Między Gretą, a Danem rodzi się przyjaźń, która jest lekiem na wszystkie życiowe zawirowania.

Film jest po prostu świetny. Oglądając go nie mogłam się nadziwić, że ktoś stworzył tak dobry film – zabawny i wzruszający jednocześnie, z genialnymi kreacjami aktorskimi nie tylko głównych bohaterów, ale też tych drugoplanowych, z przepięknymi piosenkami wykonywanymi przez Adama Levina i Keire Knightley. Dla mnie to film ideał – mądry, nieprzesłodzony, z ciekawym zakończeniem, dobrymi aktorami i genialną ścieżką dźwiękową, skłaniający do uśmiechu i do łez.



Straszliwie zachęcam Was do pójścia do kina na ten film! Obiecuję, że nie pożałujecie. Ja już nie mogę się doczekać, kiedy znowu go obejrzę, a filmowe piosenki wciąż chodzą mi po głowie. „Zacznijmy od nowa” niesie ze sobą masę pozytywnej energii, którą poczujecie wychodząc z kina i która pozostanie z Wami jeszcze długo, bo…

♥ Mili

The Immigrant – czy warto zobaczyć??

Na zakończenie weekendu majowego postanowiłam wybrać się do kina. Mój wybór padł na grany od niedawna film Imigrantka Jamesa Graya. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że w roli głównej obsadzono uwielbianą przeze mnie Marion Cotillar, francuską aktorkę znaną między innymi z roli Edith Piaf. Moją uwagą przyciągnęło też tło filmowej historii, czyli Nowy Jork w latach 20. Muszę też przyznać, że spotkałam się z wieloma bardzo skrajnymi opiniami na temat tego filmu, więc postanowiłam sprawdzić na własnej skórze, o co w tym wszystkim chodzi.

Cała historia rozgrywa się w 1921. Do Nowego Jorku, miasta wielkich nadziei, przybywają tłumy ludzi z całego świata. Wśród nich są siostry polskiego pochodzenia, Ewa i Magda. Mają nadzieję na lepsze życie u boku wujostwa, które ma się nimi zająć w obcym kraju. Najpierw muszą jednak przejść selekcję na Wyspie Ellis, gdzie „wyłapywani” się wszyscy „niepełnowartościowi” imigranci. Okazuje się, że Magda jest chora na gruźlicę i zostaje poddana kwarantannie w pobliskim szpitalu. Do tego Ewa otrzymuje informację, że adres pod którym mieli mieszkać ciotka i wuj, nie istnieje. Dziewczyna jest zdezorientowana, bezbronna i bez żadnych pieniędzy. Nagle u jej boku pojawia się tajemniczy Bruno, który zabiera ją do domu, oferuje mieszkanie i pomóc. Mężczyzna, w zamian za obietnicę wyciągnięcia siostry ze szpitala na wyspie, wciąga Ewę w nowojorski półświatek brudnych interesów i prostytucji. Dziewczyna poznaje również kuzyna Bruna, Orlando, który zakochuje się w niej i próbuje wyciągnąć z tego środowiska. Losy tej trójki będą się jednak bardzo komplikować.

No i chyba już wiem, skąd te kontrowersje wokół filmu. Przedstawiono  w nim przecież historię Polki – kobietę lekkich obyczajów, biedną, bezbronną i do tego bardzo religijną. Już słyszę te okrzyki: same stereotypy! Szkoda, że ciągle mamy do siebie tak mało dystansu i nie potrafimy pogodzić się z naszą historią. W tamtych czasach prawdopodobnie bardzo wiele kobiet, Polek i nie tylko, bez grosza przy duszy wyemigrowało do Ameryki w poszukiwaniu szczęścia. Film więc w żaden sposób nie napiętnuje, ani nie stereotypizuje naszego narodu. Tyle w tym temacie.

Co do samego filmu, historia bardzo mi się podobała. Była ciekawie skonstruowana, przejmująca (niektórzy mówią, że „ckliwa”) i momentami trzymała w napięciu. Muszę jednak przyznać, że niektóre sceny bardzo mi się dłużyły, a cały film mógłby być krótszy przynajmniej o 20 min.

Marion Cotillard jak zwykle stanęła na wysokości zadania. Należą się jej wielkie brawa za naukę i odegranie tak wielu kwestii w języku polskim. I choć my, Polacy, od razu słyszymy obcy akcent w głosie Ewy, to myślę że dla obcokrajowców będzie on bardzo realistyczny. Świetnie spisali się też pozostali aktorzy, a szczególnie Joaquin Phoenix, odtwórca roli Bruna.

W każdym filmie historycznym zwracam uwagę na kostiumy. Tutaj również bardzo mi się podobały. I chociaż nie jestem znawcą w tej dziedzinie, to wydaje mi się, że dość wiernie odzwierciedlały ubiór Nowojorczyków w tamtych czasach i dobrze oddawały klimat panujący na tamtejszych ulicach.

Czy polecam Wam ten film? Tak, jeżeli jesteście fanami Marion Cotillard. Tak, jeżeli kochacie Nowy Jork. Tak, jeżeli interesują Was przejmujące życiowe historie. Nie, jeżeli szukacie kina mocnych wrażeń, ciągłych zmian akcji i wartkich dialogów. Nie, jeżeli brak Wam dystansu do naszego narodu i historii.

 

♥  Mili

Facet (nie)potrzebny od zaraz – komedia romantyczna?

Dzisiaj z powodu nadmiaru słodkości, jakie serwowałyśmy Wam ostatnimi czasy w postach, postanowiłam wrócić do innego z moich ulubionych tematów -  filmów. A ponieważ  coraz milej zaskakują mnie polskie produkcje, postanowiłam polecić Wam coś z naszej rodzimej wideoteki.

„Facet (nie)potrzebny od zaraz” pojawił się w kinach na Walentynki. Jednak nazwanie go komedią romantyczną jest dość ryzykowne, biorąc pod uwagę nasze skojarzenia z typowym filmem tego gatunku. Zdecydowanie kierowałabym ten film do osób, które wciąż szukają swojej drugiej połówki :) Ale to za chwilkę. Zacznijmy od początku.

Ja wybrałam się na ten film, tylko i wyłącznie z powodu pojawienia się w postaci jednej z męskich ról Macieja Stuhra, którego po prostu uwielbiam :D Przyznać muszę, że nie tylko on spisał się aktorsko, bo cała obsada była naprawdę świetnie dobrana i dopracowana. Nawet główna bohaterka grana przez Katarzynę Maciąg, za którą do tej pory nie przepadałam, mile mnie zaskoczyła. Nie wspominając o doskonałej kreacji Joanny Kulig – przyjaciółki głównej bohaterki. A skoro już o niej mowa, to muszę dodać, że dużym atutem filmu jest muzyka! Dobór utworów, choć bardzo zaskakujący i momentami odważny, nadał fajny klimat. I tutaj muszę wspomnieć o piosence, która zagościła w moim sercu odkąd zobaczyłam zwiastun tej produkcji. Jest to utwór wykonywany właśnie przez Joanne Kulig – „Takiego Chłopaka”.

Oprócz tego w filmie fajnie zastosowano ilustracje i rysunki Agaty Dębickiej.

Teraz przejdźmy już do samego tematu filmu. Dziewczyna, której wybija już prawie 30-tka postanawia rozmówić się z przeszłością, w momencie, gdy jej kolejny związek z mężczyzną się rozpada. Dlatego za namową przyjaciółki spotka się ze swoimi byłymi, by sprawdzić czy nie przegapiła swojej wielkiej miłości. Chodź historia wydaje się nam znana i banalna, to film jest jednym wielkim zaskoczeniem. Pojawia się tutaj i motyw trochę fantastyczny lub raczej metaforyczny:P z uderzeniem pioruna. Później jest jeszcze ciekawiej, bo autorzy postawili na wiele udziwnień, które nadają prawdziwości temu filmowi. Główna bohaterka i jej przyjaciółka, są przeciętnymi kobietami, bez odlotowych ciuchów i idealnego make-up’u,  prócz tego zaskakująca postać ojca bohaterki ( w tej roli fenomenalny Globisz!), który jest ucieleśnieniem pokolenia uzależnionego od Twittera i Facebook’a.

Niespodziewanym elementem jest również wątek dość dramatyczny dotyczący jednego z byłych chłopaków. Ale chyba nic nie przebije zakończenia.Cały film wędrujemy i spotykamy różnych facetów, zastanawiając się, z którym zwiąże się ostatecznie nasza bohaterka… a tu, na końcu takie miłe (przynajmniej dla mnie) zaskoczenie! Nareszcie film, którego puentą nie jest „i żyli długo i szczęśliwie”, tylko „rusz dupę i zajmij się swoim życiem”! I właśnie z tego powodu, nie jest to film dla każdego. Spotkałam bardzo wiele złych opinii na ten temat. Mi samej też zajęło trochę czasu, zanim mogłam stwierdzić jak oceniam ten film. Otóż nie jest to komedia romantyczna. To film, który pokazuje jak duży, a raczej wyłączny wpływ na nasze życie mamy ma sami. Nigdy nie jest za późno, ani za wcześnie na szczęście, a ono może kryć się pod wieloma postaciami.

To film inny niż inne i to jest jako największy atut.

 

Sara

Now Is Good – czyli sprawdzony przepis na łzy …

Słyszałam i czytałam o tym filmie nie raz, ale wciąż miałam wrażenie, że to kolejna powtórka klasyki tego gatunku – „Szkoły Uczuć”. Dlatego odkładałam ten film na później. Myślałam – no tak kolejna choroba, kolejne nieszczęśliwe zakończenie i przystojny osamotniony chłopak. Generalnie dramatyczny dramat, z głośnym płakaniem i wołaniem „Dlaczego?Dlaczego?Dlaczego?” :D No ale nadszedł kolejny zimny, wolny wieczór i chęć obejrzenia jakiegoś filmu. Ze zrezygnowaniem włączyłam film. Jakże się myliłam!

Film jest jedyny w swoim rodzaju. Ten wyciskacz łez to historia o tym, jak szanować każdą chwilę naszego życia, skąd czerpać szczęście. Chyba można też powiedzieć, że jednym z tematów jest również strach. Ale o dziwo nie strach samej bohaterki, którą wyniszcza choroba, lecz jej bliskich. Dziewczyna już pogodziła się z własnym losem. Więc postanawia sporządzić listę rzeczy, które chciałaby zrobić przed śmiercią. Tak, wiem – schemat „Szkoły Uczuć”, ale zdecydowanie bardziej niegrzeczny :D

Oczywiście bardzo ważnym i przewodnik wątkiem jest miłość. Bohaterka zakochuje się w swoim nowym sąsiedzie, który jest przerażony wizją jej śmierci. Boi się utraty i późniejszego bólu.

Film mnie pozytywnie zaskoczył. Choć wiadomo miał kilka wad, oczywiście jak dla mnie był trochę za długi – ale u mnie to standard. Historia choć już znana, to bardzo ciekawie ujęta. A chyba najpiękniejsze w filmie jest to, że wywołuje takie skrajne emocje, że po zakończonym seansie jest o czym myśleć. :)

Sara

Nocne seanse serialowe – czyli kolejny sezon sezon seriali otwarty!

Koniec przerwy świątecznej ma też swoje plusy. Otóż wracają moje ulubione seriale i tak też stało się w tym tygodniu. Nowe odcinki w sieci pojawiały się jak świeże bułeczki, a ja korzystając z mojej niedyspozycji spowodowanej chorobą, dałam się porwać moim ulubionym bohaterom. Teraz kiedy choruję bez problemu mogę spędzać godziny na śledzeniu nowych odcinków, ale już się martwię co będzie jak wyzdrowieję! Jak ja nadążę?

Serial, z którego powrotu cieszę się najbardziej to Sherlock realizowany na kanale BBC. Na wielki comeback czekałam, aż dwa lata! Ale muszę przyznać, że było warto. To zdecydowanie mój ulubiony serial, do tej pory żadnemu innemu nie udało się tak podbić mojego serca. Sherlock to ekranizacja znanych nam przygód Sherlocka Holmes’a, z tym że usytuowanych we współczesnym Londynie! Jest to świetny pomysł, ponieważ wszystkie nowinki techniczne idealnie pasują do metod detektywa. Inną doskonałą rzeczą w tym serialu jest dobór obsady. Główne postaci – Sherlock i John Watson są najlepszymi i najbliższymi interpretacjami bohaterów Arthura Doyle’a jakie do tej pory poznałam. Sposób realizacji serialu, pokazanie słynnej metody dedukcji detektywa, muzyka, zdjęcia, montaż – wszystko to składa się na genialny klimat serialu. Każdy miłośnik przygód Holmes’a powinien zobaczyć tę produkcję!

Kolejnym serialem, który ostatnimi czasy mnie oczarował jest świeżutki Dracula. Tutaj muszę się przyznać, że przyciągnęła mnie postać stworzona przez Jonathan’a Rhys’a Meyers’a. Takiego Draculę zawsze sobie wyobrażałam – eleganckiego, wyrachowanego, inteligentnego i oczywiście sexownego :D Oprócz tego bardzo ciekawa historia i świetna muzyka. Ucieszyłam się, że autorzy serialu przywrócili nam to bardziej tradycyjne oblicze wampirzej natury, bez złotych oczu i świecącej skóry :P Nareszcie jest krew, skóra palona słońcem, krzyże, czosnek i osinowe kołki. Na szczęście na pierwszy plan nie wysuwa się wątek romantyczny, a zemsta której chce dokonać okrutny Dracula. Jeśli pragniecie poznać pierwszego ekranowego wampira i jego prawdziwą historię zobaczcie ten serial.

http://www.youtube.com/watch?v=b1P6IgV6k78

Tak przyznaję jestem fanką nadprzyrodzonych istot, stąd mój wybór seriali. Cieszę się, że mam okazję oglądać realizacje fantasy na tak dobrym poziomie, w innym wypadku skazana byłabym na seriale bez żadnych nadprzyrodzonych zjawisk, a tego mam wystarczająco u siebie na uczelni :P W domu muszę się wyżyć. Dlatego dzielnie śledzę Teen Wolf’a. Uwielbiam ten serial, za to, że ciągle mnie zaskakuje zwrotami akcji i trzyma w napięciu. Każdy odcinek kończy się w takim momencie, że tydzień oczekiwania dłuży się w nieskończoność! A rozwiązanie jest zaskakujące i często niesie kolejne problemy :D Jednym może się to znudzić, ja jak na razie jestem coraz bardziej ciekawa nowych wątków.

Prócz powyższych nowości, po przerwie wróciły dwa seriale: „Pretty Little Liars” i poniekąd powiązany z nim „Ravenswood”. PLL śledzę bardzo dzielnie i uważnie, choć muszę przyznać, że najnowszy odcinek wcale nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia – przeczytaj więcej o PLL. Jeśli chodzi o Ravenswood, to dalej nie wiem co sądzić o tym serialu, historia mnie ciekawi. Jednak klimat serialu jakoś nie do końca do mnie trafił, mimo to nie poddaję się i śledzę losy mieszkańców tego dziwnego miasteczka z nadzieją na ciekawy bieg akcji.

A Wy co teraz śledzicie i polecacie?

- Sara

Nowy sezon – nowe seriale. Co zwróciło moją uwagę?

Jesień to taki okres, kiedy chętnie siedzę w domu siorpiąc ciepłą kawę i szukając ciekawych filmów, które umilą mi te ponure dni. Ale bardzo lubię również, mieć stały rozkład jazdy z serialami, jakie z niecierpliwością śledzę. Niestety mam ten nawyk, że szybko nudzą mnie powtarzalne schematy i przekombinowane historie. Jak na razie tylko dwa seriale podbiły moje serce na tyle, bym nie mogła przegapić ani jednego odcinka. Jednak z nowym powakacyjnym sezonem, amerykańskie stacje ścigają się świeżymi „hitami”  serialowymi. Pierwszym, który chcę Wam przedstawić jest „Witches of East End”.

Jeśli znacie serial „Czarodziejki” , który leciał kilka lat temu na Polsacie, to Witches na pewno przypadnie Wam do gustu. Dwie siostry, matka i ciotka oraz ciążąca nad nimi klątwa to motyw przewodni, jednak oczywiście mamy elementu romansu, magii i tajemniczych wrogów, którzy nękają ten kobiecy klan. Drogie Panie nie zabraknie Wam i męskich „ciasteczek” :) Ulubiony niegrzeczny chłopiec o imieniu Killian, dla którego jedna z czarownic całkowicie traci głowę, podczas gdy jest zaręczona z jego bratem. Oj to naprawdę pikantny wątek.

Bardzo polecam śledzenie tego serialu. Mnie już wciągnął i mam nadzieję, że nie szybko mnie zawiedzie.

Sara

HALLOWEEN – Totalna Magia

Nasz dyniowy sezon doprowadził nas do amerykańskiego święta – Halloween, które coraz częściej obchodzone jest i w Polsce. Moim zdaniem to bardzo fajny pomysł i choć jest wielu przeciwników świętowania „Dnia Zmarłych” w sposób radosny, to ja bardzo żałuję, że jako dziecko nie mogłam się przebierać za czarownicę i latać na miotle po sąsiadach, ze sławną kwestią „cukierek, albo psikus”. Jako, że jestem już teraz na to trochę za stara, to próbuję spędzić tę noc, troszkę inaczej. Oczywiście przygotowuję wszystkie dyniowe specjały, jakich recepturami podzieliłam się z Wami w ciągu ostatnich tygodni. Następnie uwielbiam zwyczaj ozdabiania dyń :D A raczej przeobrażania ich w okropne i straszne dynio-głowy.

Poza tym obowiązkowo, wcześniej zaopatruję się w drobne smakołyki, w kształcie wampirzych szczęk, mózgów i innych halloweenowych wzrorów:) A można tego w sklepach sporo znaleźć. Polecam Lidla. U nich zawsze Halloweenowy Tydzień obfituje w ciekawe dodatki.

No cóż, ale jak spędzić wieczór, jeśli nie wypada już straszyć sąsiadów? Ja proponuję domowe kino! Od lat mam pewien sprawdzony film, który idealnie nadaje się na tako wieczór. Oczywiście można na ekran zarzucić jakiś najnowszy horror, jednak ja polecę Wam coś bardziej oryginalnego.

 

Film ” Totalna Magia” – nie dajcie zwieść się tej miłosnej, uroczej okładce! To nie jest zwykła, ckliwa komedia romantyczna. To zdecydowanie nie jest komedia, nie nazwę też tego horrorem, choć można się bać nie jednokrotnie w czasie tego filmu. Tytuł ten to połączenie fantasy, horroru i romansu.

 

Zacznijmy od obsady – na pewno zwróciliście uwagę, na znaną wszystkim „Miss Agent”  :) w towarzystwie Nicole Kidman. Główne bohaterski są naprawdę świetnie dobrane, męska obsada również nie pozostawia niedosytu:)

Film opowiada nam historię dwóch sióstr, które wywodzą się z magicznego, kobiecego klanu. Jednak od wielu lat nad wszystkimi kobietami w rodziny ciąży klątwa dotycząca ich wybranków. Siostry, po spowodowanej owo klątwą śmierci ojca i matki, trafiają pod opiekę ciotek, które wprowadzają je w tajniki magii. Pewnego razu młode czarownice rzucają na siebie miłosne zaklęcia, po czym ich drogi rozchodzą się na lata. Jednak ciążąca nad nimi klątwa znów splata ich losy ze sobą. A zagraża ich życiu właśnie –  mężczyzna.

Sama opowieść może wydawać się banalna, ale ja osobiście uwielbiam w filmie atmosferę grozy połączonej z elementami magii. Za każdym razem czuję dreszcz na plecach, gdy nieświadome niczego siostry wpadają w pułapkę i niekończącą się walkę o własne bezpieczeństwo.

Jeśli jeszcze nie widzieliście tego filmu, to koniecznie obejrzyjcie go w ten, groźny Halloweenowy wieczór. Tylko bez rzucania klątw i uroków!


Sara

Kocha, lubi, szanuje?

Po ostatniej porcji przepisów kulinarnych pora  obejrzeć jakiś dobry film!

„Kocha, lubi, szanuje” (ang. „Crazy, Stupid, Love”) to komedia z 2011 roku, więc pewnie część z Was już ją widziała albo przynajmniej o niej słyszała. Na pewno jest jednak jeszcze grono osób, dla których ten tytuł to kompletna nowość (np. ja odkryłam go dopiero kilka tygodni temu).

Oczywiście pierwszę rzeczą, która przekonała mnie do sięgnięcia po ten film był fakt, że występuje tam Ryan Gosling…  Dla żeńskiej części kinomaniaków jest to naprawdę OGROMNA zaleta ;D (a wiemy, że przewagę na naszym blogu stanowią czytelniczki;). No więc o czym to ja… No tak, Ryan… ;) Wypadł w tym filmie po prostu genialnie, a więkoszość komediowych scen z jego udziałem sprawia, że śmiejemy się do łez. No, ale może wspomnę co nieco o fabule, w kocu Ryan to niejedyny bohater, a nawet nie ten najważniejszy.

Akcja filmu ropoczyna się w momencie, gdy Cal (Steve Carell), ustatkowany i lekko ciapowaty mężczyzna, dowiaduje się o zdradzie żony (Julianne Moore). Co więcej, po kilkunastu latach małżeństwa ona chce od niego odejść. Cal postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i zacząć umawiać się z innymi kobietami. Powiedzmy sobie szczerze – nie idzie mu zbyt dobrze. W końcu jego ostatnia randka miała miejsce kilkanaście lat temu, a od tego czasu wiele się zmieniło… Do akcji wkracza więc przystojny i pewny siebie Jacob (Ryan Gosling), który postanawia zrobić z Cala prawdziwego łamacza kobiecych serc. Czy mu się uda? ;)

Nie zabraknie też romantycznego wątku. Pomagając Calowi odnaleźć się w świecie randek, Jacob poznaje uroczą Hannah’ę (Emma Stone), dla której chce porzucić życie zawodowego podrywacza. I już wszystko zmierza w kierunku szczęśliwego zakończenia… Ale życie potrafi płatać niezłe figle! ;)

Film jest naprawdę warty obejrzenia. Dawno żadna komedia romantyczna tak mnie nie rozbawiła. To idealny wybór na jesienny, ponury wieczór. Gwarantuję, że kilka scen utkwi Wam na długo w głowie i będziecie zaśmiewać się do łez opowiadając o nich znajomym.

 

♥ Mili