Warszawa pije kawę, czyli „Wawangarda”

Patryk Bugajski to twórca i pomysłodawca krótkometrażowych filmów opowiadających o życiu, kulturze i zwyczajach panujących w Warszawie. Cykl ten ma tytuł „Wawangarda”, a pierwszy z jego odcinków poświęcony został w całości kawie, a dokładniej relatywnie krótkiej historii picia tego napoju w stolicy naszego kraju. Bugajski wybrał właśnie kawę, ponieważ, jak sam twierdzi, idealnie przedstawia ona kulturę konsumpcjonizmu, która od kilkunastu lat coraz bardziej ogarnia Warszawę.

„Warszawa zmienia się jak szalona od około 8-5 lat, a tempo to będzie jeszcze większe. Zmiany dotyczą wszystkich sfer życia miasta, od żywności i aktywności fizycznej do niezależnej kultury i mody” mówi Bugajski.

Niezależne kawiarnie działające od kilkunastu lat w Warszawie są idealnym przykładem na to, jak stworzyć od podstaw pewien ruch. Jeszcze nie tak dawno w stolicy naszego kraju nie działały żadne palarnie kawy, a ludzie przyzwyczajeni byli do picia tzw. kawy plujki. Dziś, w roku 2015, miasto może pochwalić się naprawdę prężnie rozwijającą się kulturą picia kawy. Coraz więcej ludzi dba o jej jakość i interesuje się skąd pochodzi, a wielu z nich wybiera alternatywne sposoby parzenia.

Film Bugajskiego przedstawia prawdziwych pasjonatów, którzy tworzą w Warszawie miejsca całkowicie oddane kawie. Trwa 25 minut, ale warto poświęcić mu ten czas. Będziecie mieć pewność, że podczas najbliższej wizyty w stolicy udacie się na kawę w odpowiednie miejsce :)

♥ Mili

Begin Again – best movie I’ve seen lately

„Zacznijmy od nowa” to najnowszy film Johna Carneya (twórcy m.in. filmu „Once”). Jego premiera w polskich kinach odbyła się  4 lipca, czyli zaledwie kilka dni temu, ale ja już zdążyłam go zobaczyć. Wszystko dlatego,  że główna rolę gra tam moja ulubiona aktorka Keira Knightley. Na seans wybrałam się pełna nadziei na miło spędzony wieczór, nic więcej. Ten film przerósł wszystkie moje oczekiwania.

Film opowiada historię Grety (Keira Knightley) początkującej piosenkarki i kompozytorki, która towarzysz swojemu ukochanemu w podróży do Nowego Jorku. Jej chłopak Dave (Adam Levine, wokalista Maroon 5) ma szansę na wielką karierę muzyczną, duży kontrakt ze sławną wytwórnią i promowaną trasę koncertową. Wydaje się, że nic więcej nie potrzeba im do szczęścia – miłość, popularność i pieniądze. Los jest jednak lubi płatać figle – Dave zakochuje się w nowo poznanej menadżerce, a Greta zostaje sama w wielkim mieście. Ostatniego wieczora przed powrotem do domu spotyka w pubie Dana (Mark Ruffalo), podupadającego producenta muzycznego, który całkowicie zaniedbał swoją rodzinę, za to chętnie zagląda do kieliszka. On jest oczarowany Gretą i jej piosenkami, chce by dziewczyna nagrała z nim płytę. Pomysł jest zwariowany – każda piosenka na płytę ma zostać nagrana w innym miejscu Nowego Jorku, na ulicach, dachach i w parkach. Między Gretą, a Danem rodzi się przyjaźń, która jest lekiem na wszystkie życiowe zawirowania.

Film jest po prostu świetny. Oglądając go nie mogłam się nadziwić, że ktoś stworzył tak dobry film – zabawny i wzruszający jednocześnie, z genialnymi kreacjami aktorskimi nie tylko głównych bohaterów, ale też tych drugoplanowych, z przepięknymi piosenkami wykonywanymi przez Adama Levina i Keire Knightley. Dla mnie to film ideał – mądry, nieprzesłodzony, z ciekawym zakończeniem, dobrymi aktorami i genialną ścieżką dźwiękową, skłaniający do uśmiechu i do łez.



Straszliwie zachęcam Was do pójścia do kina na ten film! Obiecuję, że nie pożałujecie. Ja już nie mogę się doczekać, kiedy znowu go obejrzę, a filmowe piosenki wciąż chodzą mi po głowie. „Zacznijmy od nowa” niesie ze sobą masę pozytywnej energii, którą poczujecie wychodząc z kina i która pozostanie z Wami jeszcze długo, bo…

♥ Mili

The Immigrant – czy warto zobaczyć??

Na zakończenie weekendu majowego postanowiłam wybrać się do kina. Mój wybór padł na grany od niedawna film Imigrantka Jamesa Graya. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że w roli głównej obsadzono uwielbianą przeze mnie Marion Cotillar, francuską aktorkę znaną między innymi z roli Edith Piaf. Moją uwagą przyciągnęło też tło filmowej historii, czyli Nowy Jork w latach 20. Muszę też przyznać, że spotkałam się z wieloma bardzo skrajnymi opiniami na temat tego filmu, więc postanowiłam sprawdzić na własnej skórze, o co w tym wszystkim chodzi.

Cała historia rozgrywa się w 1921. Do Nowego Jorku, miasta wielkich nadziei, przybywają tłumy ludzi z całego świata. Wśród nich są siostry polskiego pochodzenia, Ewa i Magda. Mają nadzieję na lepsze życie u boku wujostwa, które ma się nimi zająć w obcym kraju. Najpierw muszą jednak przejść selekcję na Wyspie Ellis, gdzie „wyłapywani” się wszyscy „niepełnowartościowi” imigranci. Okazuje się, że Magda jest chora na gruźlicę i zostaje poddana kwarantannie w pobliskim szpitalu. Do tego Ewa otrzymuje informację, że adres pod którym mieli mieszkać ciotka i wuj, nie istnieje. Dziewczyna jest zdezorientowana, bezbronna i bez żadnych pieniędzy. Nagle u jej boku pojawia się tajemniczy Bruno, który zabiera ją do domu, oferuje mieszkanie i pomóc. Mężczyzna, w zamian za obietnicę wyciągnięcia siostry ze szpitala na wyspie, wciąga Ewę w nowojorski półświatek brudnych interesów i prostytucji. Dziewczyna poznaje również kuzyna Bruna, Orlando, który zakochuje się w niej i próbuje wyciągnąć z tego środowiska. Losy tej trójki będą się jednak bardzo komplikować.

No i chyba już wiem, skąd te kontrowersje wokół filmu. Przedstawiono  w nim przecież historię Polki – kobietę lekkich obyczajów, biedną, bezbronną i do tego bardzo religijną. Już słyszę te okrzyki: same stereotypy! Szkoda, że ciągle mamy do siebie tak mało dystansu i nie potrafimy pogodzić się z naszą historią. W tamtych czasach prawdopodobnie bardzo wiele kobiet, Polek i nie tylko, bez grosza przy duszy wyemigrowało do Ameryki w poszukiwaniu szczęścia. Film więc w żaden sposób nie napiętnuje, ani nie stereotypizuje naszego narodu. Tyle w tym temacie.

Co do samego filmu, historia bardzo mi się podobała. Była ciekawie skonstruowana, przejmująca (niektórzy mówią, że „ckliwa”) i momentami trzymała w napięciu. Muszę jednak przyznać, że niektóre sceny bardzo mi się dłużyły, a cały film mógłby być krótszy przynajmniej o 20 min.

Marion Cotillard jak zwykle stanęła na wysokości zadania. Należą się jej wielkie brawa za naukę i odegranie tak wielu kwestii w języku polskim. I choć my, Polacy, od razu słyszymy obcy akcent w głosie Ewy, to myślę że dla obcokrajowców będzie on bardzo realistyczny. Świetnie spisali się też pozostali aktorzy, a szczególnie Joaquin Phoenix, odtwórca roli Bruna.

W każdym filmie historycznym zwracam uwagę na kostiumy. Tutaj również bardzo mi się podobały. I chociaż nie jestem znawcą w tej dziedzinie, to wydaje mi się, że dość wiernie odzwierciedlały ubiór Nowojorczyków w tamtych czasach i dobrze oddawały klimat panujący na tamtejszych ulicach.

Czy polecam Wam ten film? Tak, jeżeli jesteście fanami Marion Cotillard. Tak, jeżeli kochacie Nowy Jork. Tak, jeżeli interesują Was przejmujące życiowe historie. Nie, jeżeli szukacie kina mocnych wrażeń, ciągłych zmian akcji i wartkich dialogów. Nie, jeżeli brak Wam dystansu do naszego narodu i historii.

 

♥  Mili

Facet (nie)potrzebny od zaraz – komedia romantyczna?

Dzisiaj z powodu nadmiaru słodkości, jakie serwowałyśmy Wam ostatnimi czasy w postach, postanowiłam wrócić do innego z moich ulubionych tematów -  filmów. A ponieważ  coraz milej zaskakują mnie polskie produkcje, postanowiłam polecić Wam coś z naszej rodzimej wideoteki.

„Facet (nie)potrzebny od zaraz” pojawił się w kinach na Walentynki. Jednak nazwanie go komedią romantyczną jest dość ryzykowne, biorąc pod uwagę nasze skojarzenia z typowym filmem tego gatunku. Zdecydowanie kierowałabym ten film do osób, które wciąż szukają swojej drugiej połówki :) Ale to za chwilkę. Zacznijmy od początku.

Ja wybrałam się na ten film, tylko i wyłącznie z powodu pojawienia się w postaci jednej z męskich ról Macieja Stuhra, którego po prostu uwielbiam :D Przyznać muszę, że nie tylko on spisał się aktorsko, bo cała obsada była naprawdę świetnie dobrana i dopracowana. Nawet główna bohaterka grana przez Katarzynę Maciąg, za którą do tej pory nie przepadałam, mile mnie zaskoczyła. Nie wspominając o doskonałej kreacji Joanny Kulig – przyjaciółki głównej bohaterki. A skoro już o niej mowa, to muszę dodać, że dużym atutem filmu jest muzyka! Dobór utworów, choć bardzo zaskakujący i momentami odważny, nadał fajny klimat. I tutaj muszę wspomnieć o piosence, która zagościła w moim sercu odkąd zobaczyłam zwiastun tej produkcji. Jest to utwór wykonywany właśnie przez Joanne Kulig – „Takiego Chłopaka”.

Oprócz tego w filmie fajnie zastosowano ilustracje i rysunki Agaty Dębickiej.

Teraz przejdźmy już do samego tematu filmu. Dziewczyna, której wybija już prawie 30-tka postanawia rozmówić się z przeszłością, w momencie, gdy jej kolejny związek z mężczyzną się rozpada. Dlatego za namową przyjaciółki spotka się ze swoimi byłymi, by sprawdzić czy nie przegapiła swojej wielkiej miłości. Chodź historia wydaje się nam znana i banalna, to film jest jednym wielkim zaskoczeniem. Pojawia się tutaj i motyw trochę fantastyczny lub raczej metaforyczny:P z uderzeniem pioruna. Później jest jeszcze ciekawiej, bo autorzy postawili na wiele udziwnień, które nadają prawdziwości temu filmowi. Główna bohaterka i jej przyjaciółka, są przeciętnymi kobietami, bez odlotowych ciuchów i idealnego make-up’u,  prócz tego zaskakująca postać ojca bohaterki ( w tej roli fenomenalny Globisz!), który jest ucieleśnieniem pokolenia uzależnionego od Twittera i Facebook’a.

Niespodziewanym elementem jest również wątek dość dramatyczny dotyczący jednego z byłych chłopaków. Ale chyba nic nie przebije zakończenia.Cały film wędrujemy i spotykamy różnych facetów, zastanawiając się, z którym zwiąże się ostatecznie nasza bohaterka… a tu, na końcu takie miłe (przynajmniej dla mnie) zaskoczenie! Nareszcie film, którego puentą nie jest „i żyli długo i szczęśliwie”, tylko „rusz dupę i zajmij się swoim życiem”! I właśnie z tego powodu, nie jest to film dla każdego. Spotkałam bardzo wiele złych opinii na ten temat. Mi samej też zajęło trochę czasu, zanim mogłam stwierdzić jak oceniam ten film. Otóż nie jest to komedia romantyczna. To film, który pokazuje jak duży, a raczej wyłączny wpływ na nasze życie mamy ma sami. Nigdy nie jest za późno, ani za wcześnie na szczęście, a ono może kryć się pod wieloma postaciami.

To film inny niż inne i to jest jako największy atut.

 

Sara

Now Is Good – czyli sprawdzony przepis na łzy …

Słyszałam i czytałam o tym filmie nie raz, ale wciąż miałam wrażenie, że to kolejna powtórka klasyki tego gatunku – „Szkoły Uczuć”. Dlatego odkładałam ten film na później. Myślałam – no tak kolejna choroba, kolejne nieszczęśliwe zakończenie i przystojny osamotniony chłopak. Generalnie dramatyczny dramat, z głośnym płakaniem i wołaniem „Dlaczego?Dlaczego?Dlaczego?” :D No ale nadszedł kolejny zimny, wolny wieczór i chęć obejrzenia jakiegoś filmu. Ze zrezygnowaniem włączyłam film. Jakże się myliłam!

Film jest jedyny w swoim rodzaju. Ten wyciskacz łez to historia o tym, jak szanować każdą chwilę naszego życia, skąd czerpać szczęście. Chyba można też powiedzieć, że jednym z tematów jest również strach. Ale o dziwo nie strach samej bohaterki, którą wyniszcza choroba, lecz jej bliskich. Dziewczyna już pogodziła się z własnym losem. Więc postanawia sporządzić listę rzeczy, które chciałaby zrobić przed śmiercią. Tak, wiem – schemat „Szkoły Uczuć”, ale zdecydowanie bardziej niegrzeczny :D

Oczywiście bardzo ważnym i przewodnik wątkiem jest miłość. Bohaterka zakochuje się w swoim nowym sąsiedzie, który jest przerażony wizją jej śmierci. Boi się utraty i późniejszego bólu.

Film mnie pozytywnie zaskoczył. Choć wiadomo miał kilka wad, oczywiście jak dla mnie był trochę za długi – ale u mnie to standard. Historia choć już znana, to bardzo ciekawie ujęta. A chyba najpiękniejsze w filmie jest to, że wywołuje takie skrajne emocje, że po zakończonym seansie jest o czym myśleć. :)

Sara

Nowy sezon – nowe seriale. Co zwróciło moją uwagę?

Jesień to taki okres, kiedy chętnie siedzę w domu siorpiąc ciepłą kawę i szukając ciekawych filmów, które umilą mi te ponure dni. Ale bardzo lubię również, mieć stały rozkład jazdy z serialami, jakie z niecierpliwością śledzę. Niestety mam ten nawyk, że szybko nudzą mnie powtarzalne schematy i przekombinowane historie. Jak na razie tylko dwa seriale podbiły moje serce na tyle, bym nie mogła przegapić ani jednego odcinka. Jednak z nowym powakacyjnym sezonem, amerykańskie stacje ścigają się świeżymi „hitami”  serialowymi. Pierwszym, który chcę Wam przedstawić jest „Witches of East End”.

Jeśli znacie serial „Czarodziejki” , który leciał kilka lat temu na Polsacie, to Witches na pewno przypadnie Wam do gustu. Dwie siostry, matka i ciotka oraz ciążąca nad nimi klątwa to motyw przewodni, jednak oczywiście mamy elementu romansu, magii i tajemniczych wrogów, którzy nękają ten kobiecy klan. Drogie Panie nie zabraknie Wam i męskich „ciasteczek” :) Ulubiony niegrzeczny chłopiec o imieniu Killian, dla którego jedna z czarownic całkowicie traci głowę, podczas gdy jest zaręczona z jego bratem. Oj to naprawdę pikantny wątek.

Bardzo polecam śledzenie tego serialu. Mnie już wciągnął i mam nadzieję, że nie szybko mnie zawiedzie.

Sara

HALLOWEEN – Totalna Magia

Nasz dyniowy sezon doprowadził nas do amerykańskiego święta – Halloween, które coraz częściej obchodzone jest i w Polsce. Moim zdaniem to bardzo fajny pomysł i choć jest wielu przeciwników świętowania „Dnia Zmarłych” w sposób radosny, to ja bardzo żałuję, że jako dziecko nie mogłam się przebierać za czarownicę i latać na miotle po sąsiadach, ze sławną kwestią „cukierek, albo psikus”. Jako, że jestem już teraz na to trochę za stara, to próbuję spędzić tę noc, troszkę inaczej. Oczywiście przygotowuję wszystkie dyniowe specjały, jakich recepturami podzieliłam się z Wami w ciągu ostatnich tygodni. Następnie uwielbiam zwyczaj ozdabiania dyń :D A raczej przeobrażania ich w okropne i straszne dynio-głowy.

Poza tym obowiązkowo, wcześniej zaopatruję się w drobne smakołyki, w kształcie wampirzych szczęk, mózgów i innych halloweenowych wzrorów:) A można tego w sklepach sporo znaleźć. Polecam Lidla. U nich zawsze Halloweenowy Tydzień obfituje w ciekawe dodatki.

No cóż, ale jak spędzić wieczór, jeśli nie wypada już straszyć sąsiadów? Ja proponuję domowe kino! Od lat mam pewien sprawdzony film, który idealnie nadaje się na tako wieczór. Oczywiście można na ekran zarzucić jakiś najnowszy horror, jednak ja polecę Wam coś bardziej oryginalnego.

 

Film ” Totalna Magia” – nie dajcie zwieść się tej miłosnej, uroczej okładce! To nie jest zwykła, ckliwa komedia romantyczna. To zdecydowanie nie jest komedia, nie nazwę też tego horrorem, choć można się bać nie jednokrotnie w czasie tego filmu. Tytuł ten to połączenie fantasy, horroru i romansu.

 

Zacznijmy od obsady – na pewno zwróciliście uwagę, na znaną wszystkim „Miss Agent”  :) w towarzystwie Nicole Kidman. Główne bohaterski są naprawdę świetnie dobrane, męska obsada również nie pozostawia niedosytu:)

Film opowiada nam historię dwóch sióstr, które wywodzą się z magicznego, kobiecego klanu. Jednak od wielu lat nad wszystkimi kobietami w rodziny ciąży klątwa dotycząca ich wybranków. Siostry, po spowodowanej owo klątwą śmierci ojca i matki, trafiają pod opiekę ciotek, które wprowadzają je w tajniki magii. Pewnego razu młode czarownice rzucają na siebie miłosne zaklęcia, po czym ich drogi rozchodzą się na lata. Jednak ciążąca nad nimi klątwa znów splata ich losy ze sobą. A zagraża ich życiu właśnie –  mężczyzna.

Sama opowieść może wydawać się banalna, ale ja osobiście uwielbiam w filmie atmosferę grozy połączonej z elementami magii. Za każdym razem czuję dreszcz na plecach, gdy nieświadome niczego siostry wpadają w pułapkę i niekończącą się walkę o własne bezpieczeństwo.

Jeśli jeszcze nie widzieliście tego filmu, to koniecznie obejrzyjcie go w ten, groźny Halloweenowy wieczór. Tylko bez rzucania klątw i uroków!


Sara

You’ve got a mail – czyli miłość w dobie internetu

Są filmy, które zna każdy i każdy po cichu marzy, by być bohaterem ich scenariusza. Jednym z takich klasyków kina jest przepiękny film” You’ve got a mail”, czyli – „Masz wiadomość”.

Przypomniałam sobie ostatnio o tym filmie przypadkiem, skacząc po kanałach telewizyjnych. Kiedy zobaczyłam znajomą scenę od razu zrobiło mi się cieplej w serduchu. Nie mogłam oczywiście odmówić sobie przyjemności obejrzenia go do końca. Choć widziałam go już setki razy, znów mnie wzruszył i powodował, że co jakiś czas cichutko wzdychałam. :) Film ma już swoje lata, ale chyba każdy zgodzi się ze mną, że jest ponadczasowy.A jak idealnie wpisuje się w dzisiejszą dobę internetowych portali randkowych i zaczepek na facebook’u! „You’ve got a mail” to romantyczna historia idealna na jesienny wieczór.  Strzelające płomienie w kominku, ciepły koc, kubek gorącej kawy, spadające liście za oknem i my wpatrzeni w kolejną scenę z Meg Ryan i Tom’em Hanks’em.

Scenariusz nie jest wcale taki prosty jak mogłoby się wydawać, bo choć bohaterowie poznają się przez internet i od razu znajdują wspólny język, okazuje się, że w codziennym życiu się biznesowymi wrogami.

Bardzo podoba mi się w tym filmie rola Tom’a Hanks’a, który sprytnie zabiega o względy ukochanej. A najpiękniejsze w filmie jest to, że cała historia wciąga widza do tego stopnia, że przeżywamy wszystko z bohaterami i nie jesteśmy w stanie nawet na chwilkę oderwać się od ekranu.

Magię filmu, moim zdaniem budują również maile, którymi wymieniają się bohaterowie. Są pisane jednocześnie prostym, ale i pięknym językiem. Ach szkoda, że dziś już się tak nie pisze ;).

Mogłabym się tutaj rozpisać na temat innych analizy i interpretacji tego dzieła filmowego, ale chyba tym razem Wam daruję, bo mogłabym Was trochę zanudzić.

W takim razie nie pozostaje nam chyba nic innego jak włączyć film i czekać na magiczne „You’ve got a mail”.

Sara

5 aleja, 5 rano – czyli śniadanie z Audrey

Niedawno wspominałam, że wakacje to taka część roku, kiedy staram się nadrobić wszystkie zaległości w lekturze. Z reguły wybieram książki „sprawdzone”, czyli polecone przez znajomych lub przyjaciół (tak było w przypadku książek Zafona). Tym razem, całkiem nieumyślnie, sięgnęłam po książkę Sama Wassona „Piąta aleja, piąta rano”. Przyciągnęła mnie okładka. Niby nic w niej nadzwyczajnego, ale uwielbiam ten kadr z filmu „Śniadanie u Tiffany’ego” i z radością zabrałam tę niewielką książkę do siebie do domu (chociaż najpierw za nią zapłaciłam ;D). I nie żałowałam –  książka jest ciekawie napisaną opowieścią o długiej drodze, jaką przeszła książka Trumana Capote’a zanim została zekranizowana i stała się klasyką kina.

Mnie szczególnie urzekły obszerne fragmenty książki opowiadające o odtwórczyni głównej roli Holly Golightly, czyli Audrey Hepburn. Wiele z nich dotyczy jej prywatnego życia oraz filmów, w których zagrała jeszcze przed „Śniadaniem…”. Możemy też dowiedzieć się, jak Hepburn stała się ikoną stylu i kto projektował jej słynne filmowe sukienki.

Chyba wszyscy znają pierwszą scenę z filmu „Śniadanie u Tiffany’ego”. Holly podjeżdża taksówką pod sklep, staje przed witryną najsłynniejszego wtedy sklepu jubilerskiego, pije kawę w papierowym kubku i je drożdżówkę. Wiecie, że Audrey długo musiała zmuszać się do zjedzenia tej drożdżówki? Uważała, że to istne ohydztwo i zaproponowała zmianę drożdżówki na loda. Reżyser oczywiście się nie zgodził. A jak Audrey wyszło jedzenie drożdżówki? Wszyscy wiemy ;)

No i oczywiście ta słynna piosenka… „Moon River”. W pierwotnej wersji jej tytuł brzmiał „Blue River”, ale twórcy uznali, że istnieje już zbyt wiele piosenek o tym tytule i zamienili słowo blue na moon. W latach 60. ten utwór był prawdziwym hitem. Nic dziwnego, bo jest naprawdę piękny i idealnie wpasowuje się w klimat filmu.

Książka jest pełna takich małych ciekawostek. Począwszy od życia autora książki Trumana Capote’a, a kończywszy na anegdotach dotyczących statystów. Wszystko układa się jednak w ciekawą historię, którą z przyjemnością się czyta. Oczywiście nie jest to książka dla fanów mocnych wrażeń, zawiłych historii, czy tragicznych romansów. Z pewnością spodoba się jednak  fanom kina, a przede wszystkim fanom „Śniadania u Tiffany’ego” i Audrey Hepburn.

 

Mili

One Day

Czy znaleźliście już miłość swojego życia? A może nadal szukacie tego jedynego, wyśnionego ideału? Mi się udało, ale wiem, że los nie zawsze jest dla nas tak łaskawy . Często każe nam bardzo długo czekać albo płata figle naszemu sercu.

Podobne uczucia towarzyszyły Emmie i Dexterowi , bohaterom filmu „One Day”, o którym chciałabym wam dziś opowiedzieć. Być może o nim słyszeliście, być może już go oglądaliście, a może wpadła wam w ręce książka Davida Nichollsa, która była inspiracją dla filmu. Mimo to pozwolę sobie dodać kilka słów. Broń Boże, nie będzie to recenzja! (Mimo „intensywnych” warsztatów dziennikarskich, które odbyłam w liceum, nadal boję się tego słowa. ) Tych, którzy jeszcze tego filmu nie widzieli chcę po prostu zachęcić do obejrzenia, a innych do podzielenia się z nami wrażeniami.

Emma i Dexter poznali się na studiach, ot zwykły początek niezwykłej historii. Spodziewacie się wybuchu namiętnej miłości, następnie przeszkody w jej spełnieniu, a na końcu happy endu? Rozczarujecie się. W tym filmie nic nie jest tak, jak powinno być. Emma i Dexter nie zakochują się w sobie, ale zostają przyjaciółmi, którzy przez wiele lat są sobie wierni. Mimo, że każde z nich idzie własną, zupełnie przeciwną, drogą wracają do siebie w najmniej spodziewanych momentach. Ale życie lubi być przewrotne i postawi przed dwojgiem młodych ludzi wiele trudności i skomplikowanych decyzji. Zawsze jednak będą w nich trwać razem. Po wielu latach odkryją, że więź, która ich łączy, to coś więcej niż przyjaźń.

Jeśli po tym rozczulającym wstępie postanowicie sięgnąć po ten film, przygotujcie sobie nieograniczoną liczbę chusteczek. Wzruszenie, to jedna z najważniejszych emocji, którą wywołuje. Moim zdaniem to film bezpretensjonalny, opowiadający o ponadczasowych rozterkach oraz pięknych, ale też trudnych, emocjach. Takie filmy chcę oglądać do końca świata i JEDEN DZIEŃ dłużej.

Zapraszam do obejrzenia trailera „One Day” ;)

Mili