O sukienkach…. The Dress – Mega Hess

Dziś chciałabym polecić Wam lekturę na zbliżający się długi majowy weekend. Może lektura to w tym wypadku zbyt wielkie słowo, ale na pewno nie pożałujecie sięgając po tę książkę. „The Dress. 100 iconic moments in fashion” to przepiękny album stworzony przez niezwykle utalentowaną ilustratorkę – Megan Hess.

Megan jest osobą stworzoną do rysowania. Ilustrowała m.in bestseller New York Timesa, czyli Sex and the City, tworzyła dla Vanity Fair i Vogue, a nawet była autorką wystawy słynnego sklepu Bergdorf Goodman w Nowym Jorku. W książce „The Dress” zilustrowała 100 najpiękniejszych i najbardziej rozpoznawanych sukienek ostatnich kilkunastu lat podzielonych na 6 kategorii: Projektanci, Ikony, Śluby, Muzyka, Film i Oscary. Znajdziemy tam m.in. przepiękne dzieło Very Wang, czy słynną suknię Carrie Bradshaw. Każdy z rysunków opatrzony jest krótkim, osobistym opisem wspomnień autorki związanych z daną kreacją.

Ta książka to prawdziwa gratka dla każdej wielbicielki mody. Jest tak pięknie wydana, że zapłaciłabym za nią każdą (no prawie:) cenę. Kiedy już przeczytamy wszystkie opisy możemy po prostu przeglądać ilustracje od deski do deski, zachwycając się ponownie każdą z nich. Polecam! :)

♥ Mili

Po japońsku – H.Murakami „Mężczyźni bez kobiet”

Po dłuższej przerwie wracam do Was z książką w ręku. W końcu znalazłam odrobinę czasu na lekturę i postanowiłam nadrobić zaległości. Na pierwszy ogień poszła „Dziewczyna z pociągu”, czyli najnowszy thriller brytyjskiej pisarki Pauli Hawkins, który bije ostatnio rekordy popularności. Ponieważ powoli zaczęłam odnosić wrażenie, że książka ta przysłowiowo „wyskoczy mi z lodówki”, musiałam sprawdzić, czy rzeczywiście to całe zamieszanie jest warte świeczki. Przeczytałam i już wiem. Powieść ciekawa i z pomysłem. Wciągnęła, ale nie wzbudziła wielkiego „WOW”. Być może to efekt wygórowanych oczekiwań.

Następnie postanowiłam sięgnąć po autora, o którym wiele słyszałam, a nie miałam jeszcze okazji bliżej poznać. W księgarni natknęłam się na najnowszą książkę Harukiego Murakamiego „Mężczyźni bez kobiet”. Tytuł bardzo mi się spodobał, a od dawna miałam ochotę przeczytać którąś z osławionych pozycji tego japońskiego pisarza. Właściwie nie wiedziałam czego się spodziewać. Czułam jedynie, że będzie to coś zupełnie innego od powieści Pauli Hawkins.

Książka składa się z siedmiu opowiadań, których bohaterami są mężczyźni w różnym wieku. Łączy ich jedno: w ich życiu brakuje kobiet. Umarły, odeszły albo nie pojawiły się wcale. Historia każdego z mężczyzn jest inna, a czytelnik poznaje jedynie jej fragment. Mimo to każda wciąga w zupełnie inny świat i dawkuje zupełnie inne emocje. Poznajemy nieszczęśliwie zakochanego lekarza, który po odrzuceniu przez ukochaną popada w całkowitą agonię, a także zdradzonego przez żonę właściciela pubu. Każde opowiadanie zawiera w sobie odrobinę magii, co przywodzi na myśl gatunek fantasy. Mimo to, każde opowiadanie jest też bardzo blisko rzeczywistości, która dotyczy każdego z nas.

Chociaż książka przypadła mi do gustu, to raczej nieprędko sięgnę po kolejne dzieło tego autora. Opowiadania Murakamiego mają swój specyficzny klimat. Nie jest to literatura lekka i przyjemna, a raczej skłaniająca do refleksji i pozostawiająca w głowie wiele pytań. Mimo, że jestem fanką wszelkiego rodzaju refleksji, zwłaszcza tych dotyczących relacji damsko-męskich ;), to nie do końca pochłonął mnie styl kreowany przez Murakamiego. A Wy macie jakieś doświadczenia z książkami tego japońskiego autora?

♥ Mili

Przeciwieństwa się przyciągają? – D.Nicholls „My”

Pogoda dopisuje! Boskie, cudowne lato powoli zaczyna przypominać to z moich marzeń. Jak wszystko, ma to swoje wady i zalety… Zdecydowanie bowiem pogoda nie sprzyja kolejnym próbom powstawania wyczekiwanej pracy magisterskiej (czy cokolwiek temu sprzyja?!). Zamiast więc skupiać się na tym, żeby w końcu skończyć studia, beztrosko oddaje się błogiemu lenistwu z niezbyt naukową literaturą w ręku. Urządzam krótkie wycieczki rowerowe na pobliską łąkę, gdzie razem z zimną kawą w nowym kubku ( 
http://witeks.pl/
) pochłaniam kolejne kartki nowej powieści Davida Nichollsa.

Powieść rozpoczyna się w momencie, gdy Douglas Petersen, flegmatyczny, poważny i do bólu praktyczny naukowiec, dowiaduje się, że jego żona Connie nie czuje się już szczęśliwa w ich małżeństwie i chce od niego odejść. Nadchodzące rozstanie zbiega się w czasie z wyjazdem ich syna Albiego, który rozpoczyna studia w innym mieście. Douglas i Albie różnią się od siebie tak bardzo, że mimo łączącej ich miłości nie potrafią ze sobą rozmawiać, ani wzajemnie się zrozumieć. Ojciec, przerażony wizją rozpadu rodziny, bez której nie wyobraża sobie życia, planuje ich ostatnie wakacje – objazdową wycieczkę po miastach Europy. Oprócz planów zwiedzania, Douglas ma więc też plany odzyskania względów żony i syna. Nie wszystko jednak toczy się tak, jakby tego chciał. Niepokorny Albie znika bez śladu w jednym z miast na trasie, a Douglas postanawia za wszelką cenę go odnaleźć, odzyskując tym samym miłość Connie. Czy mu się uda?

Z pozoru prosta opowieść okazała się wypełniona mądrymi słowami na temat życia, a zwłaszcza małżeństwa. Douglas i Connie to bohaterowie całkowicie od siebie różni, można by nawet powiedzieć, że kontrastowi. Ona – niepokorna artystka, spontaniczna i kochająca życie, on – wycofany, zamknięty w swoim świecie biochemik, ceniący ponad wszystko poczucie bezpieczeństwa. Mimo dzielącej ich przepaście zakochali się w sobie, wzajemnie wspierali i szanowali świat drugiej strony. Tak zakochanie przerodziło się w miłość, a miłość w małżeństwo i rodzinę, która wydawała się idealnie funkcjonować. Okazuje się jednak, że do pełni szczęścia brakuje wiele, zwłaszcza po 25 latach wspólnego życia. Różnice w charakterach Connie i Douglasa są tak duże, że nawet łączące ich uczucie nie jest w stanie zapełnić tej pustki. Książka bezbłędnie ukazuje, jak trudno zbudować trwały i silny związek. Wielka miłość przegrywa, jeżeli nie łączą nas pasje, nie rozumiemy swoich upodobań i nie szanujemy świata tej drugiej połówki.

Szczerze polecam Wam sięgnąć po tę książkę. Mimo dość poważnej i skłaniającej do refleksji tematyki, napisana jest lekko i zabawnie, a całość czyta się właściwie jednym tchem. To idealna lektura na plażę, ławkę w parku czy ogrodowy leżak. Nie będziecie się nudzić :)

♥ Mili

Czytamy „Inferno” Dan’a Brown’a

Ufff… sesja za mną! Wreszcie mam czas przeczytać swoje gwiazdkowe prezenty! Kilka książek z wyczekiwaniem spoglądało na mnie z półki już od Świąt, a ja dopiero teraz mam chwilkę, by poświęcić się lekturze. Zastanawiacie się co tym razem polecę? Otóż, zaskoczę Was. Nie jest to żadne romansidło, ani powieść o wampirach, aniołach czy innych stworzeniach nadprzyrodzonych, które ostatnio całkiem mi się przejadły. Dlatego w pierwszej kolejności sięgnęłam po kolejny tom Dan’a Brown’a i zarazem najnowszy. Tytuł wokół, którego było głośno w grudniu – „Inferno”.

Bardzo podobały mi się dotychczasowe historie tego autora, dlatego bez najmniejszych obaw zabrałam się do czytania. Po raz kolejny się nie zawiodłam. Dan Brown znó zaskakuje swoją kreatywnością oraz wiedzą. Tworzy opowiadanie tak realistyczne, że aż nie można się powstrzymać, by nie sprawdzać wiarygodności jego fantaso- teorii. I tak podczas lektury, wielokrotnie sięgałam do internetu, żeby przyjrzeć się choćby „Boskiej Komedii” Dantego, czy obrazom wspomnianym w powieści.

Po za tym niesłychaną frajdą było znów wybrać się w podróż z przeinteligentnym i odważnym Profesorem Langdonem, w którego roli zawsze widzę Tom’a Hanks’a znanego z ekranizacji wcześniejszych powieści Brown’a.

Oczywiście ponoć i ta książka ma być zrealizowana w postaci filmu, z czego oczywiście bardzo się cieszę. Ale póki co gorąco polecam Wam tę lekturę! Jest szalenie wciągająca i pokręcona – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Także pomóżmy Profesorowi Langdonowi rozwiązać tajemnicę kręgów piekielnych! :)

Sara