Love, Rosie.

Walentynki już za nami, ale przecież każda pora jest dobra, żeby obejrzeć jakiś romantyczny film. Fanom produkcji takich jak „Jeden dzień”, czy „Ostatnia piosenka” mogę polecić względnie nowe dziecko Christiana Dittera pod tytułem  „Love, Rosie”.

Film opowiada historię Rosie i Alexa – dwójki przyjaciół, którzy od dzieciństwa są nierozłączni. Kiedy dorastają rodzi się między nimi miłość, ale żadne z nich nie umie się do tego przyznać. Los płata im wiele figli i ostatecznie rozdziela młodych ludzi, rzucając Sama na drugi koniec świata. Każde z nich stara się ułożyć swoje życie jak najlepiej potrafi, ale wciąż nie mogą o sobie zapomnieć. I już, już wydaje nam się, że w końcu uda się im połączyć, kiedy na drodze stają kolejne przeszkody…

Ot, typowa komedia romantyczna, nie należy spodziewać się fajerwerków. A mimo wszystko film ma w sobie jakąś magię. To chyba zasługa dwójki głównych bohaterów granych przez Lily Collins oraz Sama Claflina. Ta para niesamowicie do siebie pasuje i sprawia, że cały film wydaje się dużo bardziej prawdziwy. Kiedy widzimy ich na ekranie wierzymy w łączące ich uczucie i w moc ich słów. Wszystko okraszone jest humorem i ciekawą ścieżką dźwiękową (koniecznie posłuchajcie piosenki Lily Allen;).

„Love, Rosie” to film zabawny i bardzo wzruszający jednocześnie. Ktoś powie, że stworzony z myślą o gimnazjalistkach, ale ja nie do końca się  z tym zgadzam. Ten obraz niesie ze sobą przesłanie, może banalne, ale jednak tak prawdziwie – czasami miłość jest na wyciągnięcie ręki, a my boimy się lub nie chcemy jej dostrzec. Warto więc rozejrzeć się dookoła, bo coś bardzo ważnego może przejść nam koło nosa…

♥ Mili